blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-10-31

Jedwab przynęty w sosie - lu ersi 卤饵丝

Choć pierwszy raz przyjechałam do Kunmingu w 2008 roku, tak naprawdę niewiele o nim wiedziałam. Wikipedia, Lonely Planet, trochę opowieści, ze dwa blogi i strona dla ekspatów Go Kunming. Cóż ja wówczas mogłam wiedzieć o tym mieście, jego mieszkańcach, tradycjach czy smakach? Posiłkowałam się przecież tylko opisami ludzi "z zewnątrz", nie wskazówkami kunmińczyków. 
Dopiero przy drugim tutaj pobycie zaczęłam poznawać kunmińczyków. Po raz pierwszy spróbowałam misienów na zimno, po raz pierwszy zobaczyłam, jak się robi dża, po raz pierwszy wyjechałam na weekend nad Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych. O, czułam się wtedy jak stary kunmiński wyga. Już wówczas mogłam o Kunmingu opowiadać godzinami. 
A przecież z momentem wejścia do prawdziwej kunmińskiej rodziny zrozumiałam dopiero, że jeszcze przede mną dużo nauki. Że do prawdziwego kunmińczyka mi daleko. Że życia nie starczy na opisanie TEGO WSZYSTKIEGO.
Weźmy taki słodki sos sojowy. Znacie? Znacie - jeśli lubicie kuchnię indonezyjską czy malezyjską. Kecap manis jest tam bardzo popularny. Ale w kuchni chińskiej? Nie ma takiego! Nawet wikipedia nie informuje o chińskim słodkim sosie sojowym. Jak nie ma w wikipedii, to znaczy, że nie istnieje.
Terefere.
Istnieje "od zawsze" i ma się dobrze. Nie uświadczycie go w Pekinie ani w Kantonie, ale w Kunmingu można go znaleźć w każdym większym spożywczaku. Gęsty, słodkosłony, lepki, odrobinę pikantny. Mogłabym go jeść łyżkami, ale zostawiam na specjalne okazje - to znaczy do posmarowania placków przynęty - erkuajów. Albo do zrobienia innego przysmaku z erkuajami w roli głównej - czyli właśnie "jedwabiu przynęty". Bawi mnie ta nazwa; tak naprawdę jest to po prostu erkuaj pokrojony w paseczki, czyli erkuajowy "makaron", ale jedwab brzmi dużo lepiej niż jakiś tam makaron, prawda? ;)

Składniki:
  • erkuaj ugotowany na parze i pokrojony w paseczki - porcja mieszcząca się w miseczce do ryżu.
  • pędy groszku (te zielone końcóweczki) - do zastąpienia świeżym groszkiem, ale to naprawdę nie to samo...
  • sól
  • łyżka słonego sosu sojowego i łyżka słodkiego
  • szczypta pieprzu syczuańskiego
  • łyżka pokruszonych orzeszków ziemnych/skwarków
  • suszona papryczka chilli/olej chilli 
Wykonanie:
  1. Umyć dokładnie pędy groszku, zblanszować i odcedzić.
  2. W woku rozgrzać olej, wrzucić chilli (albo po prostu dać łychę oleju chilli).
  3. Wrzucić wszystkie składniki do woka i na maleńkim ogniu delikatnie wymieszać aż jedwab nabierze brązowego koloru od sosów sojowych. Trzeba delikatnie, bo ugotowane na parze erkuaje są bardzo kruche i zbyt gwałtowne operowanie chochelką czy innym kuchennym narzędziem może się skończyć ekuajową papką zamiast pysznym jedwabiem. Trzeba mieszać tylko tak długo, aż erkuajowy makaron będzie równo pokryty sosem. 
  4. Jeśli trzeba - można dosolić, ale zazwyczaj ciemny sos sojowy wystarcza.
  5. TIP: ersi można doskonale zastąpić makaronem do spaghetti, połamanym na cokolwiek mniejsze kawałki.
Szczerze? Nigdy nie robię tego dania w domu. Zawsze chodzimy na nie do DS Pot czyli do sieciówki 段士小锅, która jest najbardziej znana z misienów, ale to właśnie tam można zjeść najbardziej kunmińskie z kunmińskich lu ersi [wym. lu ersy]. Dlaczego nie robię ich w domu? Po pierwsze dlatego, że nie umiem delikatnie operować sprzętem kuchennym, co sama radzę w przepisie. Nie umiem i mi się wszystko rozciapuje. Po drugie - ponieważ dodajemy słodki sos sojowy, wok będzie się kleić, ersi będą przywierać, a ja będę kląć na czym świat stoi.
Lepiej iść do knajpy; niech się inni męczą z lepkim wokiem i delikatnymi ersi. Mnie zaś pozostanie rozkoszowanie się tym przewspaniałym smakiem...
Anegdotka: mam koleżankę pochodzącą ze wsi pod Kunmingiem. Pisałam już o niej. Dziewczę w sumie sympatyczne, ale - wewnętrznie przekonane, że ja jako białas różnię się od normalnych ludzi, czyli Chińczyków. Cokolwiek robię inaczej niż ona, robię to tak dlatego, że jestem biała, nie dlatego, że po prostu robię to inaczej. Fakt, że na przykład mój mąż robi coś tak samo jak ja, nie przekonuje jej, że to po prostu kwestia gustu czy wewnętrznego przekonania, a nie rasy. 
Ostatnio chciała się ze mną spotkać, żeby mi wręczyć zaproszenie na ślub razem z pudełkiem radosnych cukierków. Stwierdziła, że mnie zaprosi na lunch a ja, żeby nie przysparzać jej wydatków, wskazałam DS Pot jako miejsce, w którym 10 yuanów wystarczy, by się objeść jak bączek, a poza tym żarcie jest tradycyjne, kunmińskie - sądziłam, że jej zasmakuje. Ślicznotka nie lubi "nietutejszego" jedzenia. 
Okazało się, że po pierwsze jeszcze nigdy tu nie była.
Po drugie: nigdy w życiu nie jadła lu ersi.
Po trzecie: oczywiście jej nie zasmakowało, bo u niej w domu się jada inaczej.
Po czwarte: dziubiąc z talerza biedne kluski w sosie, zapytała czy nam, obcokrajowcom, to naprawdę smakuje. 
Zaczęłam się straszliwie śmiać - aż mnie brzuch rozbolał. Nigdy, nigdy w życiu nie widziałam w tej knajpie żadnego obcokrajowca poza mną. Pierwszy raz przyprowadzili mnie do tej knajpy rodzice ZB, chcąc mi pokazać smaki własnego dzieciństwa (tak, DS Pot ma tak długą tradycję). Do tej knajpy przychodzą całe kunmińskie rodziny - od dziadków po wnuczęta. Wybór jest dość skromny, ale każdy znajdzie coś dla siebie. 
Mówię to wszystko Ślicznotce, która z niedowierzaniem rozejrzała się po knajpie. I faktycznie, wokół nas wszystkie stoliki zajęte, starzy i młodzi pałaszujący z apetytem tradycyjne kunmińskie przekąski, tak różne od tego, co można zjeść u niej, na wsi. 
Mówię: tak, mnie to jedzenie bardzo smakuje - ale też mieszkam w Kunmingu już pięć lat z okładem;  wiem sporo o tutejszej kuchni i nauczyłam się ją kochać.
To taki mały prztyczek w nos dla dziewczyny, która uważa mnie za białe dziwadło - ona mieszka w Kunmingu co najmniej tak samo długo; w dodatku pochodzi ze znacznie bliższego kulturowo miejsca - na buddę, to przecież tylko 100 kilometrów od Kunmingu! - ale nigdy nie zadała sobie trudu, żeby spróbować nowych rzeczy i poznać to miasto. Jeszcze nigdy nie powiedziała, że coś tutaj jest dobre albo smaczne - u niej na wsi wszystko jest lepsze. W ogóle nie lubi tego miasta - lubi tylko tutaj zarabiać. 
Nie dziwię się, że kunmińczycy nie lubią przybyszów...

2015-10-30

pu'er aromatyzowany wończą 桂花普洱

Wszyscy wiedzą, że jestem herbacianą fanatyczką - mam więcej rodzajów herbaty niż butów, torebek i pasków razem wziętych. Nie zdziwiło mnie więc, gdy razu pewnego moje tajtaje przed lekcją angielskiego zaproponowały mi nową herbatę. Pu'er aromatyzowany wończą i w ogóle taka ąę. Podały mi taką na czysto, już zaparzoną. Patrzą wyczekująco, a ja nie bardzo wiem, jak mam im powiedzieć, że mi nie smakuje. Bo ohydna była.
Po pięciu minutach same się zorientowały, że coś jest nie tak. Pytają, o co chodzi, bo szklanka pełna. A ja mówię, że nie chcę im robić przykrości, ale wolałabym wodę, bo ta herbata smakuje całkiem jak Lipton.
Tajtaje zaczęły się śmiać. Pokazały mi pudełko. Już wtedy wiedziałam, o co chodzi.
A za chwilę ujawniły, JAK tę ąę herbatę się parzy:
Zapytałam, dlaczego mi to zrobiły, chociaż wiedzą, że lubię dobrą herbatę, a nie zmiotki z podłogi.
"Bo widzisz, zawsze tak mówisz o tych herbatach, że to Twoja pasja i w ogóle; kiedyś powiedziałam Kate, że to niemożliwe, żeby obcokrajowiec lepiej niż ja rozróżniał herbaty i postanowiłyśmy sprawdzić, czy będziesz wiedziała, co to za herbata i czy faktycznie poznasz się na jej smaku i jakości..."
Założyły się, skubane.

2015-10-28

Estetyka

O estetyce należy dyskutować. To nieprawda, że de gustibus non est disputandum. Właśnie, że disputandum! Ale nie po to, żeby powiedzieć, który lepszy, tylko po to, żeby zrozumieć. I ja mam swoje granice - poza granicami dyskutowalnej estetyki jest dla mnie, jeśli coś/ktoś śmierdzi albo lepi się od brudu. Przy czym przyjmuję za naturalne, że wrażenia zapachowe, tak samo jak wzrokowe czy dotykowe są bardzo względne. Ja na przykład lubię chińskie śmierdzące tofu, od którego moją Mamę mdli, a także francuskie sery, przy których ZB ostentacyjnie zatyka nos. Z tak zwanym pięknem jest przecież bardzo podobnie! Nie to ładne, co ładne, a co się komu podoba.
Jakiś czas temu przeprowadziłam na ten temat ostrą dyskusję z przyjacielem, którego w Chinach bulwersowały i brzydziły takie widoki:
Jak to?! Jesteśmy w pięknej, starej buddyjskiej świątyni Yuantong, chcemy cyknąć nastrojową fotę, a tutaj mopy na balustradzie?!
Pokłóciliśmy się. Głównie dlatego, że Mu przerwałam. Cóż. Mógł nie zaczynać zdania o estetyce od "Przecież lepiej jest, gdy...". Nie. Nie jest lepiej. Nie jest piękniej. Jest to, co się komu podoba. Nie każdego razi widok mopa w świątyni. Ta świątynia żyje; jeden klęka, drugi pali kadzidła, trzeci robi zdjęcia, czwarty zbiera śmieci, a piąty właśnie odłożył mopy na balustradę, żeby wyschły. W Chinach nie ma tak silnego jak w Europie podziału na sacrum i profanum. Te sfery współistnieją tu na płaszczyznach, o których przeciętny Europejczyk nie może wręcz pomyśleć bez zgorszenia. Tylko, że... odkąd to niby europejska estetyka, albo lepiej: europejskie estetyki, odkąd to są one w czymkolwiek LEPSZE od innych? Bo co, bo tak uważają Europejczycy? I co z tego, że tak uważają? Niech sobie robią po swojemu. Szkoda tylko, że europejskie obiekty sakralne są w większości niedotykalne i martwe. Piękne też, na ten swój europejski sposób. Ale - zdecydowanie mniej pulsujące życiem niż te azjatyckie.
Śmieję się, gdy słyszę, że lepszy jest brak mopa od wystawienia go tak, że "psuje" zdjęcie.
A może zdjęcie staje się naprawdę piękne dopiero wtedy, gdy przy pomocy trywialnego mopa zyskuje życie?
Dla porządku - śmieję się również, gdy Chińczycy narzekają na Europę z jej estetykami.
Dyskutujmy o gustach. Ale nie mówmy że bywają lepsze i gorsze. Im więcej piękna będziemy widzieć w życiu, tym to życie będzie piękniejsze.

2015-10-26

Szałas Lebiodowego Światła 藜光庐

Wędrując zaułkami ukrytymi za Świątynią Konfucjusza, natknęliśmy się razu pewnego na relikt dawnych czasów:
Jak głosi tablica, jest to domostwo z czasów początku Republiki (lata '10-'20 XX wieku), z gliny i drewna, jak wszystkie dawne domostwa kunmińskie. Była to rezydencja "burmistrza" Jinningu, pobliskiego miasta. Tablica głosi jeszcze, że od 2002 roku ten zabytek znajduje się pod opieką miasta.
Opieka sprowadziła się do postawienia tablicy i zamknięcia domostwa na kłódkę.
Grrrrrrrrrr.

2015-10-25

Moje 3 ulubione yunnańskie produkty

Przyzwyczailiście się już do tego, że 25 każdego miesiąca (jeśli zdążę) powstają wpisy do akcji W 80 blogów dookoła świata. Tak jest i tym razem; znów temat trochę inny niż zwykle. Jednocześnie jednak - bardzo mój. Bo przecież kocham Yunnan! Inna rzecz, że zawężenie ulubionych produktów do zaledwie trzech było sporym wyzwaniem. Stwierdziłam, że ograniczę się do tych, z których Yunnan naprawdę słynie. No i wykluczyłam żarcie. O yunnańskim żarciu i tak u mnie bez przerwy... Tradycyjnie już na dole wpisu znajdziecie linki do innych wpisów naszej grupy blogerów.

Co więc w Yunnanie pokochałam?

1. Pu'er
Zgodnie ze zwyczajem, chińską herbatę dzieli się na 6 podstawowych typów: białą, żółtą, zieloną, czarnosmoczą (wulong/oolong), czarną i czerwoną. Tu mała zagwozdka: dla Chińczyków czerwona herbata to ta, którą Europejczycy nazywają czarną, a czarna to ta, którą w Polsce zwykło się nazywać czerwoną. Najsłynniejszą czarną chińską herbatą jest pu'er - sfermentowana herbata, mogąca leżakować latami i z każdym rokiem nabierająca smaku. W Polsce jest sprzedawana w wersji sypkiej albo - co gorsza - torebkowej i reklamuje się ją jako herbatę odchudzającą. Większość znanych mi Polek pije ją "z musu", bo wprawdzie niedobra, ale za to odchudza... Dodaje się do niej skórki pomarańczy czy inne aromaty cytrynowe, co dla każdego Yunnańczyka jest żywym dowodem na to, że Polacy to barbarzyńcy.
Prawdziwy, dobry pu'er wygląda tak:
Jak widać, liście nie są luzem, a zostały warstwa po warstwie sprasowane w tzw. ciastko. Sprzedaje się te ciastka opakowane w bibułę, a następnie wkłada do pudełka bądź okłada liśćmi bananowca czy innego bambusa:
Z takiego ciasteczka przy pomocy specjalnego noża do herbaty oddziela się warstwy, starając się nie uszkodzić nadmiernie liści, a później parzy. Z parzeniem też nie hop-siup. Pu'er można parzyć, w zależności od jakości, od piętnastu do nawet sześćdziesięciu razy. Pierwsze parzenie to w ogóle nie parzenie, a budzenie herbaty - napar należy wylać. Pierwsze parzenia właściwe trwają sekundy, bo herbata jest niemożebnie mocna. Z czajniczka, w którym parzymy, przelewamy napar natychmiast do większej czarki, z której dopiero nalewamy napar do czarek gości. I tak parędziesiąt razy - oczywiście, z czasem parzenia zaczynają być dłuższe, ale naprawdę nijak się to ma do "zalej wrzątkiem i parz pod przykryciem 3-5 minut"...
I już mam taki długi wpis, a przecież nawet jeszcze nie zaczęłam pisać o podziale na pu'ery "surowe" i "gotowane", o różnych ciekawostkach typu pu'er dojrzewający w bambusie albo w mandarynce. Nie zaczęłam nawet o imponderabiliach herbacianych ani o tym, że herbatą można się upić. No i najważniejsze: że pu'er jest jedną z najpyszniejszych herbat świata...

2. Jadeit
Ten południowo-zachodni kawałek Yunnanu, który graniczy z Birmą - to jest najbogatsze bodaj miejsce w Chinach. Tu bowiem wydobywa się jadeit. Nie pospolity nefryt, a właśnie jadeit, najcenniejszy żad na świecie. Jadeit to bogactwo i duma Yunnanu. Surowca coraz mniej, więc drożeje on niemal z dnia na dzień. Kamienie, które dawniej każdy szanujący się jubiler odrzucał ze wzgardą, dziś są troskliwie szlifowane i zmieniane w małych buddów czy delikatne perełki.
W Kunmingu sklepy z jadeitem są wszędzie. WSZĘDZIE. Wielkie salony z subiektami odzianymi w garnitury i małe sklepiki prowadzone przez staruszków z dłutkiem w dłoni. Wielkie hale i małe stoiska na targach. Wielomilionowe rzeźby nefrytowe, pyszniące się w holach nowobogackich i delikatna jak skrzydła ważki biżuteria. Są także sklepy kamienne, w których można kupić kawał skały z domniemanym jadeitem w środku.
No i... oszuści. To chyba oczywiste - skoro jadeitu coraz mniej to wiadomo, że nie na każdym straganie znajduje się prawdziwy kamień. To trochę jak z polskim bursztynem. Niby wszyscy wiedzą, jak bursztyn wygląda, a i tak niejeden dał się nabrać na sprasowaną mechanicznie żywicę. Biada ci, jeśli nie jesteś specjalistą - nie rozpoznasz, czy to jadeit, czy nefryt, czy jakiś mniej cenny, a dobrze oszlifowany minerał.
Ja bym w życiu nie robiła poważnych jadeitowych zakupów. Całe szczęście, dostałam piękną bransoletkę (na pewno prawdziwą!) w prezencie. Bransoletka ta dba o mnie tak samo, jak ja o nią i przynosi mi szczęście.

3. Yunnańskie Białe Lekarstwo

W 1902 roku słynny medyk Pieśń Lśniącej Pieczęci 曲焕章 po wielu latach prób i błędów opatentował "lek stu skarbów". Medyk ów to ciekawa postać - choć sam zajmował się wcześniej głównie urazami i opierał się wyłącznie o tradycyjną medycynę chińską, w pewnym momencie udał się w podróż w górskie ostępy Yunnanu. Zetknął się tam z szamanami i znachorami, którzy znacznie poszerzyli jego wiedzę na temat ziół i sposobów leczenia. Później ten swój "lek stu skarbów" jeszcze ulepszył, a ulepszoną recepturę oddał do zbadania placówce rządowej. Ta wystawiła pieczątkę, że lek się nadaje i już w 1917 roku rozpoczęła się masowa produkcja i dystrybucja lekarstwa po całych Chinach. Pieśń Lśniącej Pieczęci nie ustawał w wysiłkach; aż do śmierci próbował ulepszać recepturę. To ukochane dziecko medyka szybko odniosło sukces - zaczęto je sprzedawać i zagranicą, głównie w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z wielkich zysków korzystał w sposób nader szlachetny, ofiarowując wielkie ilości leku uwikłanym w wieloletnią wojnę wojskom rządowym.
Gdy komuniści wygrali i zaczęli rządzić, żona naszego lekarza postąpiła bardzo politycznie i podarowała "krajowi" recepturę na nasze lekarstwo. Od 1955 roku Yunnańskie Białe Lekarstwo mogło więc być produkowane we wszystkich zakładach farmaceutycznych w całym kraju.
No dobrze, ale to lekarstwo w ogóle leczy?
Przede wszystkim jest znakomitym środkiem przeciwkrwotocznym, chętnie wykorzystywanym przez żołnierzy. Poza tym pomaga w gojeniu kontuzji, opuchlizn itd. Ja spotkałam się z nim po raz pierwszy, gdy skręciłam nogę w kostce. Dzięki temu lekowi po trzech dniach psikania i czterech dniach naklejania plastrów mogłam normalnie chodzić. Ale ja to nic! Tak naprawdę lekarstwo zyskało prawdziwą sławę dlatego, że w latach '40 XXw. uratowało nogę pacjentowi, któremu francuscy lekarze powiedzieli, że jedyna nadzieja w amputacji... Więcej - w anglojęzycznej wiki.

Tak, tak. W Yunnanie da się żyć. A przecież nawet nie zaczęłam mówić o jedzeniu... ;)

A tu linki do innych wpisów powstałych w ramach dzisiejszej akcji:
Austria: Viennese breakfast - 3 austriackie produkty - marki
Francja: Francais-mon-amour - Moje ulubione produkty z Francji; Love for France - Moje ulubione francuskie kosmetyki; Francuskie i inne Notatki Niki - Moje trzy ulubione morskie produkty z Francji; Między Francją a Szwajcarią - Moje ulubione francuskie produkty; Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim - Moje francuskie TOP 3, czyli jak zatrzymać przy sobie Francuza; Madou en France - Ekosprzątanie, czyli moje ulubione francuskie produkty do domu
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Gdy mi ciebie zabraknie...
Hiszpania: Hiszpański na luzie - Trzy pyszne hiszpańskie produkty
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Moje trzy ulubione irlandzkie produkty
Kirgistan: O języku kirgiskim po polsku - Moje ulubione produkty z Kirgistanu
Niemcy: Niemiecka Sofa - 3 rzeczy z Niemiec; Niemiecki po ludzku - 3 ważne dla mnie niemieckie produkty; Językowy Precel - Moje 3 ulubione niemieckie produkty;
Norwegia: Pat i Norway - Trzy ulubione norweskie produkty
Szwajcaria: Szwajcaria moimi oczami - Moje trzy ulubione szwajcarskie produkty; Szwajcarskie Blabliblu - Mój osobisty top 3 szwajcarskich produktów
Szwecja: Szwecjoblog - 3 ulubione wynalazki ze Szwecji
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Smak i zapach granatów
Wielka Brytania: Angielska Herbata - Moje trzy brytyjskie naj; Angielski C2 - Moje 3 ulubione; Head Full of Ideas - Moje 3 ulubione produkty z Wielkiej Brytanii
Wietnam: Wietnam.info - 3 produkty z Wietnamu, które warto polubić
Włochy: Studia,parla, ama - W 80 blogów dookoła świata, czyli moje trzy ulubione włoskie produkty

Jeśli podoba Wam się akcja W 80 blogów... i chcielibyście dołączyć, zapraszamy: blogi.jezykowe1@gmail.com

2015-10-24

Żabki skaczące po kamieniach 青蛙跳石板

Kiedy byłam mała, nie znosiłam groszku. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że najbardziej nie lubiłam konsystencji, bo groszek z puszki jest po prostu beznadziejny - miękki i mdły. Odkąd mam okazję jeść wyłącznie świeży groszek, jest dużo lepiej. Znaczy - od czasu do czasu miewam nawet nań ochotę!
W tym daniu jednak najbardziej chodzi o yunnański kozi ser, rubing. Jedliście kiedyś gotowany biały ser? No właśnie...
No i jest jeszcze nazwa. Stawiam sto do jednego, że gdyby wszystkie potrawy z groszkiem miały takie ładne nazwy, lubiłabym je dużo bardziej.

Składniki:
  • parę plastrów niesłonego, twardego białego sera - najlepszy jest rubing, ale wiem, że w Polsce nie bardzo jest dostępny
  • świeży zielony groszek - ze dwadzieścia dag. Mogą być "groszki" z innych roślin strączkowych
  • szczypta soli
  • woda

Wykonanie:
  1. ser kroimy w kosteczkę.
  2. wkładamy do garnka razem z groszkiem.
  3. zalewamy wodą tak, żeby przykryć składniki.
  4. solimy.
  5. zagotowujemy, a potem gotujemy na wolnym ogniu jeszcze dziesięć minut, żeby groszek był jeszcze chrupki, a już nie surowy.

Ja robię to danie w dwóch podstawowych odsłonach: żabki, czyli z groszkiem i ropuchy, czyli z młodym bobem.
Wody można dodać trochę mniej - będzie "na sucho" - albo trochę więcej - i będzie pyszna zupa, w sam raz do wymieszania z ryżem.
Dajcie mi znać, jak Wam smakowało :)

2015-10-22

Pearl S. Buck - Moje różne światy

Pierwszą książkę Pearl Buck przeczytałam ho, ho! i jeszcze dawniej. Spowiedź Chinki mianowicie. Byłam wówczas tak mało obeznana z Noblami literackimi, że nawet nie skojarzyłam nazwiska autorki. Ech...
Później było więcej książek. Z każdą następną bardziej kochałam autorkę. Dlatego też gdy w ręce wpadła mi autobiografia tej niezwykłej kobiety, MUSIAŁAM ją przeczytać.
Dziś kilka wyjątków z pierwszych dwóch części tej autobiografii; niektóre wybrałam dlatego, że tak trafnie opisują Chiny; niektóre dlatego, że tak trafnie opisują... mnie.

Wiedziałam co prawda, że nie jestem stuprocentową Chinką, ale wiedziałam też, że jestem nią na tyle, by bezkarnie objadać się słodyczami z targu.
Wyrastałam więc w dwóch całkowicie odrębnych światach: w małym, czyściutkim światku amerykańskiego prezbiterianizmu moich rodziców i w ogromnym, kochającym, wesołym, niezbyt czystym chińskim uniwersum. Gdy przebywałam w świecie chińskim, byłam Chinką, mówiłam po chińsku, zachowywałam się po chińsku i jadłam to, co Chińczycy, dzieląc ich myśli i uczucia, a wkraczając do świata amerykańskiego zamykałam za sobą drzwi.
Co prawda w tym chińskim świecie często rozmawialiśmy o Amerykanach. Na całe szczęście Chińczycy bardzo lubili moich rodziców, więc właściwie nie musiałam się za nich wstydzić, jeśli nie liczyć paru nieszczęsnych ich osobliwości, jak na przykład absurdalnie wielkich stóp i wysokiego wzrostu taty czy pobudliwości mamy.
***
Dzisiaj, kiedy widzę, z jaką niechęcią odnoszą się dzieci do przymusu nauki, zastanawiam się, czy szkoła obowiązkowa rzeczywiście może czegoś nauczyć. W świecie mego dzieciństwa była ona bezcennym darem losu. Kto mógł powiedzieć o sobie, że chodzi do szkoły, natychmiast stawał się członkiem elity, elity najlepszej, bo intelektualnej.
***
[...] sprawa trzymania sztućców stanowiła w mojej rodzinie przedmiot ciągłych dyskusji, ponieważ mama praktykowała sposób amerykański, czyli najpierw kroiła wszystko na talerzu, po czym odkładała nóż i jadła samym widelcem, tata zaś naśladował Anglików, którzy trzymając nóż w prawej dłoni, a widelec w lewej, nakładali na niego kawałki jedzenia. I jedno, i drugie dawało mi wskazówki, więc czasem słuchałam mamy, a czasem taty, najpierw nieco zdezorientowana, a potem, jak to dzieci, przyzwyczajając się do drobnych dziwactw rodziców. W efekcie o moim zachowaniu przy każdym posiłku decydował los, a ja i tak wolałam chińskie pałeczki. [:D]
***
I jeszcze jedno: najlepsze są te potrawy, które są nie tylko lokalne, lecz i sezonowe. Otóż uważam, że pory roku są po to, by się ich trzymać. Nawet tu, w moim dzisiejszym świecie, nie pociąga - mnie kukurydza w styczniu ani truskawki w listopadzie. Takie sezonowe wypaczenia wydają mi się wręcz odrażające. Na kukurydzę mam ochotę w sierpniu, kiedy jest młoda i świeża, i wcale nie chcę, żeby sezon na nią trwał dłużej, niż trwa, bo przecież trzeba dać szansę również innym warzywom. W naszych czasach, w naszym wieku nie można obejść się bez lodówek i zamrażarek, mam je w domu i ja, ale nie mam do nich większego przekonania.
***
Co najdziwniejsze, misjonarze ci mogli nie tylko bez przeszkód nauczać religii całkowicie obcej Chińczykom, ale wręcz twierdzić, że jest to religia jedynie prawdziwa, że tych, którzy jej nie przyjmą, nieodwołalnie czeka wieczne potępienie. Ta bezczelność wstrząsa mną jeszcze do dziś.
***
[...] misjonarze jechali do Chin po to, by zaspokoić własną potrzebę duchową. Potrzeba ta była szlachetna, w pełni bezinteresowna, bez wątpienia wypływająca z tej samej, boskiej potrzeby, przez którą Bóg tak umiłował świat, że dał Syna swego jednorodzonego, aby nas zbawił. A jednak nauczył mnie Thoreau, ten zaś wiedział to od Konfucjusza, że jeżeli ktoś przychodzi do ciebie, by cię uszczęśliwić, musisz ratować się przed tym człowiekiem.
***
Nawiasem mówiąc, choć wtedy tego tak nie odczuwałam, było coś tragicznego w tym określeniu „u siebie”, gdy używali go wciąż biali mieszkający tak daleko od ojczystych stron. „U siebie” zawsze oznaczało ojczyznę niezależnie od tego, gdzie mieszkali, w której części Azji, i czy byli tam z żonami i dziećmi. W Indiach można było spotkać Anglików, którzy zostali posłani tam przez rodziców w wieku osiemnastu lat, by się „dorobili”, a choć zdążyli w Indiach posiwieć i jako tako się zadomowić, zawsze miejscem „u siebie” była dla nich Anglia. Jeszcze smutniejsze było, że jeżeli Anglicy ci pożenili się z Hinduskami lub tylko żyli z nimi, ich małe, pół-hinduskie dzieci mówiły „u siebie” mając na myśli Anglię, choć na pewno nie byłyby tam „u siebie”. Ani tam zresztą, ani w Indiach. W Czinkiang też było trochę takich dzieci, a choć mama nie pozwalała mówić o nich inaczej jak o Anglikach i Amerykanach, tak jak o ich ojcach, wiedziałam, że i one wiedzą, iż nigdzie nie będą u siebie.
***
[...] nie wolno nam zapominać, że misjonarze znaleźli się w Chinach bez zaproszenia, że kierowaliśmy się wyłącznie własnym poczuciem obowiązku. Chińczycy nie są nam nic winni. Pracowaliśmy w pocie czoła, ale to też było jedynie naszym obowiązkiem, więc i za to nie są nam nic winni. A choć nasz kraj nie żądał koncesji, ani słowem nie sprzeciwiliśmy się, gdy wymuszali je inni, i my też ciągnęliśmy korzyści z niesprawiedliwych traktatów. Więc i my nie unikniemy kary, gdy nadejdzie dzień zapłaty.
***
[...] wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, na jakie niebezpieczeństwa narażony jest związek dwojga ludzi za bardzo różniących się wykształceniem i pochodzeniem. Szkoda, że nie uchroniło mnie to od popełnienia później tego samego błędu.
***
[...] musiałabym opowiadać koleżankom o haniebnym postępowaniu mocarstw zachodnich i wyzysku, jakiego dopuszczały się względem wielkich, nastawionych pokojowo krajów Azji, które z zasady nigdy nie chciały przyswoić sobie prochu i nowoczesnej broni; i o wojnach opiumowych, powstaniu Bokserów, niesprawiedliwych traktatach, o prawie eksterytorialności, na podstawie którego biali stąpający po chińskiej ziemi nie podlegali prawu chińskiemu. Biały, choćby kogoś zamordował lub zgwałcił - zdarzały się takie przypadki - był praktycznie bezkarny, bo korzystał z dyplomatycznego niemal immunitetu.
***
Mówiąc o okrucieństwie należy może wspomnieć przy tej okazji o dręczeniu zwierząt, co tak zawsze szokuje cudzoziemców odwiedzających Chiny. Istnieje rzeczywiście wielka różnica między traktowaniem zwierząt w Chinach i na Zachodzie. Chińczycy nie pieszczą, nie głaszczą swych zwierząt, nie troszczą się tak o ich dobro. Przeciwnie, Chińczycy przyjeżdżający do Stanów Zjednoczonych patrzą zwykle z obrzydzeniem na czułość, z jaką są tam traktowane zwierzęta, bo według nich czułość powinna być okazywana jedynie istotom ludzkim. Uważam, że dobroć należy się tak ludziom, jak zwierzętom. Często dziwiło mnie, że moi chińscy przyjaciele, ludzie zazwyczaj litościwi i łagodni względem innych, mogli być tak obojętni na cierpienia zwierząt. Później dopiero odkryłam, że jest to wpływ buddyzmu, wszechobecnego w umysłowości chińskiej. Bo choć większość Chińczyków nie była religijna, wiara w reinkarnację ludzkiej duszy zakorzeniona była głęboko. Według tego dogmatu zły człowiek po śmierci staje się zwierzęciem w następnym wcieleniu, czyli każde zwierzę było kiedyś złym człowiekiem. Choć przeciętny Chińczyk nie przyznałby się, że wierzy w reinkarnację, pogląd ten rozpowszechniony jest tak bardzo, że pogardę dla zwierząt czują wszyscy.

Czytam, czasem aż sapiąc ze złości. Książki Buck mają prawie po sto lat, a ludzie w tym czasie tak niewiele się nauczyli!

2015-10-21

Za dużo Azjatów

Znamy już Laureatów XVII Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego im. Fryderyka Chopina :

I nagroda (30.000 €) i złoty medal – SEONG-JIN CHO (Korea Południowa)
II nagroda (25.000 €) i srebrny medal – CHARLES RICHARD-HAMELIN (Kanada)
III nagroda (20.000 €) i brązowy medal – KATE LIU (Stany Zjednoczone)
IV nagroda (15.000 €) – ERIC LU (Stany Zjednoczone)
V nagroda (10.000 €) – YIKE (TONY) YANG (Kanada)
VI nagroda (7000 €) – DMITRY SHISHKIN (Rosja)

WYRÓŻNIENIA (4000 €):
  • ALJOŠA JURINIĆ (CHORWACJA),
  • AIMI KOBAYASHI (JAPONIA)
  • SZYMON NEHRING (POLSKA)
  • GEORGIJS OSOKINS (ŁOTWA)

NAGRODY SPECJALNE:
Nagroda Towarzystwa im. Fryderyka Chopina za najlepsze wykonanie poloneza (3000 €) – SEONG-JIN CHO (Korea Południowa)

Nagroda Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków (5000 €) – KATE LIU (Stany Zjednoczone)
Nagroda Filharmonii Narodowej za najlepsze wykonanie koncertu (3000 €) – nie przyznano
Nagroda Krystiana Zimermana za najlepsze wykonanie sonaty (10.000 €) – CHARLES RICHARD-HAMELIN (Kanada)

Nie odmówiłam sobie przeczytania komentarzy pod werdyktem. Nie tylko ja jedna uważam, że Kate powinna była zdobyć pierwsze miejsce. Oczywiście, większość Prawdziwych Polaków uważa, że pierwsze miejsce powinno należeć do Polaka, zwłaszcza jeśli w jury było aż siedmiu Polaków.
"Możemy przywoływać tysiące nagrań ale albo Polak i Polska albo coś z zewnątrz co wcale tego nie czuje i próbuje sie w to wczuwać ale sie nie da.... Wołodyjowski był jeden i Chopin tez wiec nie da sie rozmawiać z obcym choćby nie wiem jaki miał talent, który szanuje....". No tak, furda talent, bo polska dusza, której OBCY nigdy nie zrozumie. A teraz marsz do szkół muzycznych i wyrzucamy nuty Bacha, Mozarta, Beethovena, Czajkowskiego, bo Polak nie zrozumie duszy Niemca, Austriaka, Rosjanina... Ale nie, Polak potrafi! Tylko obcy nie umieją.

"Azjatyckie mazurki? [...] Cóż za upadek cywilizacyjny!"

Cóż. Mazurki są polskie, nie azjatyckie. A wykonanie Kate Liu wycisnęło łzy z oczu ZB. A, tak, on też jest Azjatą, więc nie rozumie polskiej duszy i jego zdanie nie powinno się w ogóle liczyć ;)

"Wybrano political correctness."

Nie. Wybrano muzykę. Choć powiem szczerze, akurat mnie Cho nie poruszył. Grał ładnie, poprawnie i zupełnie nieporywająco. Cóż. Kwestia gustu.

No i ostatni komentarz, który według mnie wygrał w kategorii polactwa:


Życzę tej pani, żeby, dokądkolwiek pojedzie, mówiono jej, że "za dużo Polaków (albo, stosując zasady tej pani, polaków)", "za dużo kobiet", "za dużo blondynek", za dużo czegokolwiek, pod co można by ją podpiąć.
Oj, jak się ZB dowie, że Kate dopiero trzecia, będzie bardzo nieszczęśliwy...

2015-10-20

Konkurs Chopinowski

Bardzo przepraszam, nie mam czasu na pisanie. Całymi dniami słucham na youtube Konkursu Chopinowskiego. Nie gniewajcie się. Żeby nie było, że całkiem nic dla Was nie mam - trójka finalistów o mocno wyraźnych chińskich korzeniach.
1. Młodziutki Yike (Tony) Yang - niby Kanadyjczyk, ale przecież po samym imieniu widać, skąd on ;) Jak na szczyla nieźle sobie radzi - ale też mówimy o uczniu Juilliarda.
2. Eric Lu - niby Amerykanin, ale - sami nań zerknijcie ;) Polonez i preludia - miodzio.
3. I następna "Amerykanka", urodzona w Singapurze i chińska na wskroś - Kate Liu. Moja zdecydowana faworytka. Jej polonez był urzekający.
W linkach, które podałam, znajdziecie odnośniki do nagrań i komentarzy. W ogóle, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina w tym roku naprawdę świetnie przygotował konkurs. Dla mnie jako emigrantki największą wartość ma dostęp do całości wykonań konkursowych - nie nędzne urywki z youtube, a koncert.
Mam teraz czas. Podłączam głośniki, włączam muzykę...
Bardzo przepraszam. Nie mam czasu na pisanie.

2015-10-19

robotnicy

Podobieństwo kulturowe na linii Polska-Chiny.
Pięciu robotników.
Podział pracy: 2 pracuje. Z pozostałych trzech jeden to kierownik, drugi zastępca kierownika, trzeci zastępca zastępcy ;)

2015-10-18

Wołać-sprzedać 叫卖

Dziś kolejne piękne wspomnienie Zhao Zhengwana, jednego z moich ulubionych kunmińczyków.

W tamtych czasach na starych uliczkach i w zaułkach często było słychać głosy "wołać-sprzedać". Kunmińczycy po jednym dźwięku potrafili rozpoznać, z czym sprzedawca przychodzi. Jeśli danego produktu potrzebowali, podążali za głosem, wstrzymywali handlarza i dokonywali zakupu. Targu dobić można było u progu własnego domu, bardzo to wygodne.
Najwięcej było handlarek odzianych w stroje mniejszości etnicznych. Na plecach miały bambusowe kosze, te umocowane do czoła szerokim palmowym powrozem*. W koszach zaś - stosowną do pory roku zawartość. Pamiętam, że przed Świętem Smoczych Łodzi handlarze nosili ziele zwane "łodygami i suszonymi strąkami komonicy". Sprzedawali je powiązane w pęczki. Zgodnie z medycyną ludową trzeba było kupić komonicę właśnie w tym czasie, wróciwszy do domu ugotować, a wywarem przemywać miejsca zmian reumatycznych - ponoć było to bardzo skuteczne lekarstwo. Ziele było w sprzedaży jak rok długi, ale najskuteczniejsze miało być właśnie w owym czasie. Miałem kiedyś okazję się takiemu pęczkowi ziół przyjrzeć, tak naprawdę było to kilka wymieszanych ziół - liści, kwiatów i łodyżek, bardzo aromatycznych. Widziałem też, że inni faktycznie tego zioła używali, sam jednak nie próbowałem. Biorąc pod uwagę to, że zioło faktycznie było skuteczne, a także to, że koniecznie trzeba było go użyć w okolicach Święta Smoczych Łodzi - to wszystko nadawało mu wielkiej tajemniczości, a kupujących było wielu. No i pieniądze były zań niewielkie, a zioło dostarczane do samych drzwi.
Kolejne zioło zwano xiao bai ji "małą bletillą" - były to korzonki i łodygi tej wieloletniej rośliny. W Kunmingu uważało się ją za lek dodający wigoru; efekty ceniły sobie zwłaszcza panie. A i dźwięk "wołać-sprzedać" bletilli był bardzo specyficzny: dwa pierwsze wyrazy wykrzykiwano króciusieńko, a ji rozwlekano w nieskończoność. Przez wiele lat okrzyk ten się w ogóle nie zmieniał, dlatego wieloletni mieszkańcy tuż po usłyszeniu wołania przed oczyma duszy mieli obraz sprzedającego.
Również i dzikie woskownice z przykunmińskich gór sprzedawali w Kunmingu "wołać-sprzedać". Wołano raz za razem "woskownice przyyyyyyyyyyyszły! (杨梅来.....啰)". A były te woskownice na wskroś dojrzałe, jedna w jedną czerwoniutkie i wielkie. Zrywano je bardzo ostrożnie, umieszczając następnie w wymoszczonych liśćmi orlicy bambusowych przetakach. Cena była cokolwiek wysoka, ale i tak wszyscy kupowali.
Była jeszcze jedna rzecz sprzedawana przez "wołać-sprzedać", niezapomniane liście pieprzu syczuańskiego. Są to młode liście i pędy zebrane z krzewów pieprzu syczuańskiego. Miesza się je z mąką i smaży na aromatyczne placuszki. W owych latach gdy tylko słyszało się, że sprzedają liście pieprzu syczuańskiego, zawsze odrobinę się kupowało. Nigdy nie widziałem, by sprzedawano je gdziekolwiek indziej niż z koszy "wołać-sprzedać". Ma się czasem ochotę zjeść, ale kupić trudno.
Ostatnimi laty coraz rzadziej słychać "wołać-sprzedać", zmienili się w odległe wspomnienie kunmińczyków ze starych ulic. Nie tęsknię za jakimiś ziołami. Woskownice da się kupić. I tylko chciałbym znów skosztować tych liści pieprzu, ale nigdzie ich znaleźć nie mogę. Bardzo wielu znajomych jadło dawniej ten przysmak i chcieliby mieć okazję znów go spróbować.
/赵正万, 昆明忆旧 - Zhao Zhengwan, Kunmińskie wspomnienia/

Och, poczekałby autor jeszcze kilka lat, a okazałoby się, że liście pieprzu wróciły do miasta wraz z bambusowymi koszami na plecach ubranych na ludowo kobiet. Na moim ukochanym targu każdego lata pojawiają się liście pieprzu, a my robimy z nich takie same placuszki, jakie jadali w dzieciństwie starzy kunmińczycy...


*z tego samego gatunku palmy, z którego robi się przeciwdeszczowe peleryny suoyi.

2015-10-17

krewetki po birmańsku

Dziś przepis podpatrzony u Ani Błażejewskiej na blogu w Azji. Jest tak dobry, że nic nie trzeba zmieniać czy dodawać, ja tylko odrobinę posoliłam i zrezygnowałam z cukru.

Składniki:
*2-3 duże pomidory
*1-2 cebule
*1 ząbek czosnku
*1/2 puszki mleka kokosowego
*kilka lub kilkanaście dużych krewetek
*odrobina oleju do smażenia
*cukier/sól do smaku

Wykonanie:
1) Na patelni podsmażyć cebulę z czosnkiem.
2) Dodać pokrojone w drobną kosteczkę pomidory.
3) Dodać krewetki, smażyć aż zmienią kolor.
4) Dolać mleka kokosowego tak, aby zrobił się sos.


2015-10-16

chleb

Mój żywot w Chinach był nędzny. Pewnego dnia stał się cud i mąż kupił dla mnie piekarnik. To znaczy dla siebie, bo zakochał się był w polskich ciastach i stwierdził, że skoro już ma polską żonę, to ta żona powinna mu takie ciasta piec.
Więc piekę.
Dla ZB ciasta, a dla siebie - chleby.
Jakie życie jest teraz wygodne! Jest internet, są setki przepisów na dobry zakwas (tak, hoduję własny), na różne chleby, są odpowiedzi na pytania, jak długo powinien wyrastać, czego nie powinno się do niego dodawać, a co można itd.
Nie mam tutaj niestety mąki żytniej. Mam za to razową owsianą i gryczaną, a także tatarczaną. Po setkach prób i tyluż błędach wiem już mniej więcej, jakiej konsystencji ma być ciasto, gdy ląduje w foremce - z pszennym chlebem jest łatwo, bo ma łatwo odchodzić od ręki; spróbujcie jednak takiego samego knifu z chlebem gryczanym, a po upieczeniu rozsypie Wam się w drobny mak. Wiem, że w chłodny dzień ciasto wyrasta nawet 7-8 godzin, a w ciepły radzi sobie w godzinkę. Po iluś tam chlebach "zwykłych" zaczęłam dodawać kminek, oregano, cebulkę zieloną, olej z pieprzem syczuańskim, ser kozi czy inne dodatki. Używam przepisów polskich, ale i tureckich, włoskich, indyjskich.
Wiem, że piszę o kuchni chińskiej - nie bójcie się, nie zabrakło mi tematów. Po prostu dziś jest Międzynarodowy Dzień Chleba - ot i moja cegiełka :)

2015-10-15

Nauka w Chinach

Z okazji wczorajszego Dnia Edukacji Narodowej popełniliśmy ze znaną już Wam Hai Le oraz z Konduxem tekst o naszych doświadczeniach z chińską edukacją. Zapraszamy!
A wszystkim nauczycielom życzymy świętej cierpliwości ;)

2015-10-14

stara mąka

Na moim ukochanym targu jest stoisko z drożdżowymi bułeczkami na parze mantou. Reklamują się, że są z Shandongu - prowincji słynnej z wyrobów mącznych, że są jedyni i niepowtarzalni, że mają w ofercie maślane małe mantouki i że sprzedają mantou ze starej mąki 老面馒头.
Tak to sobie przetłumaczyłam, bo przecież lao 老 to stary, a mian 面 to mąka. Stara mąka jak w pysk strzelił. Oczywiście wiedziałam, że tłumaczenie jest trefne, bo kto by starą mąkę chciał jeść, ale trzeba mi było pójść po pomoc do świekry, by mi wytłumaczyła tę zgoła niesłownikową reklamę. Otóż mantou ze starej mąki to nic innego jak mantou na zakwasie. Wiadomo, zakwas robimy z mąki. Ponoć im starszy zakwas, tym lepszy. Więc w odróżnieniu od zwykłych mantou z dodatkiem drożdży 酵母 te wyrastają dzięki zakwasowi.
Stara mąka, kto by pomyślał? :D I to w dodatku sfermentowana!

2015-10-13

Chropiatka yunnańska 干巴菌

"Czy wiecie, co to są chropiatki? Są to grzyby należące do rodziny – cóż za zaskoczenie! – chropiatkowatych. W Polsce występuje przynajmniej kilka gatunków, wszystkie jednak uznawane są za niejadalne. Dla Yunnańczyka chropiatka to jednak skarb. Oczywiście – chropiatka yunnańska, czyli thelephora ganbajun, nie te wszystkie inne chropiatki, o których nikt nic nie wie, poza tym, że są szkaradne i cuchną. Dla przyzwoitości muszę dodać, że chropiatka yunnańska również jest szkaradna i cuchnie."

Po resztę zapraszam do Kultury Liberalnej, mój artykuł jest tutaj.

2015-10-12

parasol

Razu pewnego wyszłam z domu i ujrzałam parasol. Niby rzecz nierzadka, jakby się zastanowić, zwłaszcza ostatnio, bo często leje jak z cebra od świtu do zmierzchu. Z drugiej jednak strony parasol rzadko przypomina katastrofę lotniczą Mary Poppins:
Nie znalazłszy właścicielki (Mary w Chinach! Zupełnie nowa bajka!), zajrzałam do parasola. Nie spodziewając się wszakże tak bogatego wnętrza:
Pomysłu jeszcze nie opatentowałam, możecie wykorzystywać parasole do suszenia grzybów i innych takich zupełnie bezkarnie :D

2015-10-11

见锅生情 miłość od pierwszego gara

Tytuł mnie zachwycił. Treść zresztą też, jak to zwykle bywa z artykułami Starej Pałki, mojego ulubionego kunmińskiego łasucha.
Z powodu ostrej konkurencji w konsumpcyjnym społeczeństwie, pod ciągłą presją braku czasu, kunmińczycy starają się uprościć życie. By uniknąć problemów - i konieczności odebrania życia jakiemuś stworzeniu - wolą kupić gotową potrawę. Poza imigrantami z Północy i poza wielkimi okazjami typu święta, bardzo niewielu ludzi własnoręcznie miesi, wyrabia i wałkuje ciasto, by ugotować pierogi czy bułeczki na parze dla rodziny. Jeszcze rzadziej się zdarza, by kto kupił żywą kurę i ją własnoręcznie zarżnął, przy akompaniamencie kilku ostatnich ptasich krzyków, zostawiając całą podłogę w pierzu.
Z drugiej strony, jeśli zawsze powtarzamy ten proces szybkiej wymiany towarowo-pieniężnej - jedną ręką dajesz forsę, a drugą bierzesz produkt - jeśli w jednym kęsie zamyka się ta historia, czy nie zdarza ci się nagle pomyśleć, że tracisz coś cennego? Czy nie zdarza ci się w ukryciu przed innymi pomyśleć, że przypominasz kurczaka w hodowli przemysłowej? Niby masz codziennie o tych samych porach miskę napełnioną doskonale wyważoną karmą, ale - na zawsze pożegnałeś się z radością grzebania pazurem w ziemi i dziobania wydobytych własnołapnie robaków. A może porównamy to do tucznej gęsi, której się w gardło wpycha kukurydzę, a która już dawno zapomniała, jak to było nurkować w rzece w poszukiwaniu rybek czy krewetek.
Dlatego myślę, że rodzaj ludzki łaknąc jedzenia, pragnie nie tylko napełnić brzuchy i cieszyć się smakiem, ale też cieszyć się całym procesem przygotowywania jedzenia. Nawet jeśli sami nie tkniemy produktów palcem, chcemy siedzieć obok i się przyglądać.
W latach '50tych, gdy miałem siedem czy osiem lat, mama często zabierała mnie na ulicę Duanshi na misieny małogarnkowe 小鍋米線 albo erkuaje w sosie 卤饵块do słynnej kunmińskiej knajpy "Ogród Wiecznego Powodzenia" 永顺园. Pamiętam, że przy ulicy znajdowała się witryna, a przy sąsiednim zaułku - brama wejściowa. Wchodziło się nią do parterowego siheyuanu wykończonego szarymi cegłami. Zarówno dziedziniec, jak i pomieszczenia były przystosowane do przyjmowania gości - stały tam stoły i krzesła; największym zaś pomieszczeniem była kuchnia. Ponieważ małogarnkowe misieny z ulicy Duanshi cieszyły się zasłużoną sławą, miejsce było codziennie zatłoczone. Dlatego też trzeba było ustawiać się w kolejce przed kuchnią i cierpliwie czekać, przy okazji ciesząc oko obserwacją przygotowania misienów czy erkuajów przez kucharzy. Można było ujrzeć ziejącą ogniem kuchnię, na której palnikach spoczywało siedem czy osiem specjalnych garnków z czerwonej miedzi, koło których krzątało się trzech czy czterech kucharzy koło pięćdziesiątki (to najpewniej spadkobiercy przybyłego z Yuxi Qu Yongana, który stworzył małogarnkowe erkuaje). Zakasane rękawy, w dłoniach długie łyżki, niektórzy właśnie wlewają do garnków esencjonalny bulion z golonek i kości wieprzowych, niektórzy wrzucają misieny czy erkuaje z mięsem, świeży groszek czy pikle. Wieść gminna niesie, że w knajpie tej używano wyłącznie misienów wyrabianych przez rodzinę Na w wiosce Odrodzenie, tylko erkuajów ubijanych z ryżu Dongdiao z dystryktu Guandu, czosnku bulwiastego i pędów groszku tylko od Zhangów i kiszonek z ulicy Weiyuan, a także wieprzowiny wyłącznie z młodych wieprzków...
Po chwili, gdy w garnku zaczyna wrzeć zupa, kucharze po kolei wrzucają składniki, mieszają i już po chwili słychać odgłosy pyrkającej wody i łyżki stukającej o garnek. Przy tym wdzięcznym akompaniamencie błyszczące od tłuszczu erkuaje w sosie względnie okraszone świeżym mięsem i warzywami misieny talerz za talerzem, miska za miską podawane są do twej dłoni. Można powiedzieć, że zanim doznasz szczęścia spożycia tych delicji, już dawno najesz się oczami!
Najwyrazistsze ze wspomnień to jak na palnikach spoczywają czerwone, miedziane garnki z prostą drewnianą rączką. Ożywają one w dłoniach wprawnych kucharzy, wznoszą się i opadają, tańczą w lewo i w prawo, sycząc gorącą zawartością obijającą się o brzegi garnka w rytm potrząsań, zupełnie jakby magiczna siła faktycznie dała im życie. Tak oto w rytm tańca i w takt miłej uszom pieśni w okamgnieniu rodzi się ambrozja...
Szkoda tylko, że te ręcznie kute miedziane garnki z prostym uchwytem teraz już się w centrum Kunmingu tak rzadko spotyka. Są taką samą rzadkością jak dziewczęta ze wsi, przybywające do miasta, by sprzedać warzywa, a odziane w płócienne błękitne suknie z lat '50tych, z włosami zaplecionymi w długi warkocz.
Dziś, pewnie żeby zarobić na spieszących się klientach, coraz częściej otwierane są misienowe knajpy, które zmniejszają ilość dodatków, a w dodatku żeby zaoszczędzić pracy kucharzom, bazują na misienach, które sparza się razem w dużym garze, a zupę i dodatki (zazwyczaj kilka kawałków wołowiny albo sos mięsny, w którym nie brak i skóry, i nawet sierści...) miesza już w misce; dodają jeszcze szczyptę na wpół surowego czosnku bulwiastego i już odchodzisz z miską na bok. Ale prawdziwi misienowo-erkuajowi kucharze, nawet jeśli są samoukami przybyłymi ze wsi, będą zawsze warzyć strawę miska za miską, używając wyrabianych maszynowo, pokrytych żelazem garnków. Coraz więcej jest też knajp z misienami czy erkuajami z kamionkowych garnków; ich zaletą jest to, że zupa wrze gdy jest podana na stół; zazwyczaj składników jest dużo i są one wysokiej jakości, więc smak też jest niezły, żal jednak, że takiego garnka, długi czas utrzymującego wysoką temperaturę, nie można dotknąć. Dlatego dżentelmeni i panienki jedzą jak koty, zgarbieni i pochyleni nad miską.
Pewnego popołudnia dwa lata temu żona spotkała na targu staruszka mówiącego południowoyunnańskim dialektem, który na koromysłach niósł naręcze miedzianych garnków. Natychmiast sięgnęła do kieszeni i kupiła jeden - był dokładnie taki, jaki pamiętam z dawnej ulicy Duanshi: czerwone dno, a w środku garnka dokładnie widać skazy po ręcznym kuciu, plus drewniany prosty uchwyt. Odtąd co tydzień cała rodzina wymaga, bym wystąpił w roli szefa kuchni i przyrządził dwie-trzy porcje misienów. Przy takiej okazji żona i dzieci otaczają mnie wianuszkiem, a ja gotuję zupę, dorzucam mięso i "czapeczkę", przy akompaniamencie stuków garnka tańcuję po kuchni... Stylowo, gest po geście doszedłem do wprawy, bym mógł jak w transie wracać do zapachu i smaku z szarego domu przy ulicy Duanshi sprzed czterdziestu lat...

/老棍, 昆明小吃 Stara Pałka, Kunmińskie przysmaki

Stara Pałka narzeka, że w Kunmingu takich miejsc już prawie nie ma. Fakt. Jest ich coraz mniej. Są jednak knajpki, które w ogóle nie wyglądają na coś godnego uwagi, przy których rano i około południa tworzą się długie kolejki; na palnikach spoczywają miedziane garnki z długą rączką i można "najeść się oczami" zanim człowiek dostanie wreszcie do łapki miskę z aromatyczną zawartością.
Można też pójść do knajpy, która jest spadkobiercą dawnej misieniarni przy ulicy Duanshi - nazywa się Duanshi Mały Garnek 端士小锅 (D.S. Pot) i to właśnie tam sprzedają bodaj najlepsze erkuaje w sosie i małogarnkowe misieny...

2015-10-10

ryż w herbacie 茶漬け

Kolejne danie wprost z Nocnej Knajpy. Znów proste tak, że prostsze być nie może i znów najpyszniejsze w świecie. Chodzi o ryż zalany herbatą, podany z dodatkami.
Chazuke, bo o nim mowa, powstaje w ten sposób: bierzemy miseczkę ryżu, a następnie zalewamy go zieloną herbatą/bulionem/wodą. Na wierzch dorzucamy dodatki - kiszonki, kawałki mięsa bądź ryby, glony, furikake, sezam, warzywa - co kto lubi.
W domu jest to cudowny sposób na pozbycie się wczorajszego ryżu; w knajpach oczywiście używa się ryżu świeżego. Ponoć danie to zaczęło być popularne już w okresie Heian, ale dopiero w Epoce Edo herbata zastąpiła zwykły wrzątek. Chińczycy twierdzą, że Japończycy zaczęli tak jadać w czasie wojny, gdy mieli tylko ryż i herbatę, a że nie było czasu na podgrzewanie ryżu ani żadnego innego źródła witamin, zaczęto zieloną herbatą zalewać zimny ryż.
Dla mnie połączenie ryżu, dodatku i herbaty w jednej miseczce było wielkim zaskoczeniem. A jednak - przyzwyczaiłam się i ten smak pokochałam. Warunkiem osiągnięcia ciekawego smaku jest użycie dobrej herbaty; ja często używam nie zielonej, a czarnosmoczej.
Tak samo zresztą kocham i chińskie paofany 泡飯, czyli ryże zalane zupą/wodą (ale nigdy herbatą!). Tego sposobu jedzenia nauczył mnie ZB, który często kończy posiłek właśnie zalewając pozostały "brudny" ryż - wymieszany z drobinkami wszystkich dań - wrzątkiem czy zupą. Jest to rzecz prosta i wspaniała. Następnym razem, jeśli zostanie Wam ryż i choćby odrobina zupy - rosołu, pomidorówki, ogórkowej - zalejcie ryż zupą tak, by ryż można było jeszcze jeść pałeczkami, ale żeby już wygodniej było łyżką. To coś zupełnie innego niż nasza pomidorówka z ryżem, serio!
Albo zaparzcie zieloną herbatę, wlejcie do miseczki z ryżem i dodajcie cokolwiek. Po wymieszaniu będzie przepyszne!

2015-10-09

Bāng Chhun-hong Czekanie na Wiosenną Bryzę 望春風

Jedna z Czytelniczek podrzuciła mi linka do ślicznej aranżacji Czekania na Wiosenną Bryzę 望春風.


Oryginalna wersja to tajwańska piosenka z 1933 roku, napisana przez Tenga Yu-hsien, jednego z najsłynniejszych tajwańskich muzyków Hakka.

Z melodii tej pieśni skorzystali japońscy najeźdźcy, by stworzyć patriotyczną pieśń 大地は招く:


Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystywanie piękna w celach propagandowych, grrrr...
Całe szczęście samej piosence to nie zaszkodziło. Pozostała jedną z najbardziej znanych i uznawanych za jedną z najpiękniejszych pieśni tajwańskich. Pojawia się często w filmach i na koncertach, a niezliczeni tajwańscy i chińscy muzycy włączają ją do swego repertuaru. Są modne nie tylko wokalne, ale i czysto instrumentalne wersje:

Jedna z moich ulubionych wersji tej pieśni to wersja Davida Tao, zupełnie nieortodoksyjna, ale śliczna:

i niemniej śliczna, cokolwiek bardziej tradycyjna i w dodatku przetłumaczona na mandaryński wersja Tong Li na deser:


Wracając do pierwszego linku, wersji gitarowej. Jest to aranżacja z płyty Travels Marka Pasiecznego, świetnego muzyka.
Przyznam szczerze, chętnie bym tę płytę postawiła na półce. :)

2015-10-08

Szmaragdowozielone Jezioro

Nie będę się upierać, że to cykl. Wszyscy wiemy, jak to wygląda z moimi blogowymi obietnicami. Ale chcę Was pozabierać na spacery w te miejsca, w których ZAWSZE wyciągam aparat, choćbym je znała jak własną kieszeń. Uniwersytet Yunnański, Szmaragdowozielone Jezioro i tym podobne miejsca, zawsze niezmienne, zawsze inne. Mieszkają w moim sercu razem z kunmińskimi przekąskami, herbatami i innymi takimi. Co jakiś czas po prostu MUSZĘ się z Wami tymi miejscami podzielić. Może być?
I to gniewne niebo!...

2015-10-07

12000

Z nudów albo z głupoty obliczyłam w internetach, ile dni już przeżyłam. Otóż dzisiaj obchodzę jubileusz 12000 dnia życia.
Nie poruszyło mnie to jakoś szczególnie. Kiedy jednak pochwaliłam się ZB, stwierdził on, że to świetna okazja, żeby poświętować. Każda okazja do świętowania jest dobra, n'est-ce pa?
Świętowanie świętowaniem, a później przyszedł czas na chwilę zadumy.
Co mi się w moim życiu podoba?
  • miłość
  • radość
  • miejsce, w którym mieszkam
  • różnorodna kuchnia
  • coraz bardziej wypchana biblioteczka
Co mnie smuci?
  • odległość dzieląca mnie od przyjaciół i rodziny
  • brak psa
  • okazjonalnie - brak dużej ilości pieniędzy ;)
Czego żałuję?
Nie żałuję. Żadnego błędu. Za wszystkie zapłaciłam, ale każdy coś mi dał. Żadnej przyjaźni. Te, które już się pokończyły - były ważne, dopóki trwały. Żadnej miłości. To, co dałam, wróciło do mnie po stokroć. Żadnej rany w sercu. Nauczyłam się, że blizny mogą być piękne.

A jak to wygląda u Was? :)

2015-10-06

囫圇吞棗 Połykać głożynę w całości


Zhu Xi, filozof z czasów dynastii Song, parał się również literaturą. To on stworzył powiedzenie o połykanych w całości głożynach.
Ponoć w dawnych czasach żył sobie stary nauczyciel, z którym przestawało wielu uczniów. Razu pewnego, już po zajęciach, uczniowie zajmowali się pałaszowaniem owoców. A było wówczas pod dostatkiem gruszek i głożyn, opychali się więc nimi niemożebnie. Tego dnia właśnie przyjechał do nauczyciela w odwiedziny przyjaciel, stary doktor.  Ujrzawszy ten piknik złapał się za głowę i rzecze do uczniów: Jedzenie gruszek jest dobre na zęby, ale jeśli się ich zje za dużo, szkodzą na śledzionę. Za to jedzenie głożyny pomaga na śledzionę, a szkodzi na zęby, uważajcie więc, żeby nie przedobrzyć. Jeden z uczniów wpadł na zaiste genialny koncept: będzie gryzł gruszki, ale je wypluwał, a za to głożyny będzie połykać w całości - w ten sposób i wilk będzie syty, i owca cała, bo tylko sobie pomoże na śledzionę i zęby, a na pewno nie zaszkodzi.
Zhu Xi wykorzystał tę historyjkę, by opisać osoby, które przyswajają rozmaite treści bez głębszego nad nimi zastanowienia, połykają je w całości, nie starając się wcale ich zrozumieć. Była to przede wszystkim krytyka uczniów, którzy słowa mistrzów traktowali jak prawdy wiary, zamiast z nimi polemizować i starać się je udoskonalić. I dziś o kimś, kto bezmyślnie przyjmuje czyjeś słowa mówi się, że połyka głożynę w całości.

Kiedy odkryłam to przysłowie, pomyślałam o współczesnej chińskiej szkole. Która tresuje bezmózgie stworzenia bez zainteresowań i zupełnie pozbawione krytycznego myślenia. Oczywiście z wyjątkami - ale tych wyjątków nie jest aż tak dużo, żeby móc przełamać ogólną tendencję...

2015-10-05

2015-10-04

Encyklopedia Gutenberga - o Chinach

Nieocenione źródło wiedzy - encyklopedia Gutenberga - jest w internecie!
Oczywiście poznajdowałam Chiny i okołochińskie hasła.
Bambus
Bokserzy
Chiny cz. 1 (geografia, flora, fauna, zaludnienie, oświata, waluta)
Chiny cz. 2 (historia, o Chińczykach, zwyczajach itp.)
Chiny (aneks - najnowsza historia itp.)
Chińska sztuka
Chiński alfabet
Chiński język i literatura, Chińska literatura (aneks)
Chiński mur
Chińskie pismo
Filigran
Herbata (ogólnie), Herbata (dane n/t światowej produkcji)
Jedwab
Junnan
Kataj
Kitan
Kulis
Lolo
Mandżuko
Pagoda
Panazjatyzm
Porcelana

I mały cytacik z hasła "owady":
Wiele o. jest szkodnikami, inne są pożyteczne (pszczoła. jedwabnik). Niektóre o. służą jako pokarm ludzi: szarańcza była ulubionym przysmakiem ludów palestyńskich, we Francji je się pędraki chrabąszcza majowego, w Chinach cenione poczwarki jedwabnika i t. d.

I z hasła "drukarstwo":
Drukowanie książek jest wynalazkiem starym; najstarszym w  C h i n a c h , gdzie uzyskiwano większą ilość egzemplarzy jednego tekstu przez odbijanie z kamieni, w które tekst ów wkuwano. Znacznie później, jednakowoż bardzo już wcześnie (od VI. w.) sporządzano w Chinach odbitki z desek (druk drzeworytowy). Druk przy pomocy liter ruchomych wynalazł kowal Pi Szeng w r. 1041; jego wynalazek nie zdołał jednak wyprzeć w Chinach druku drzeworytowego, albowiem pismo chińskie, z swemi licznemi znakami, stało na przeszkodzie pełnemu wyzyskaniu druku ruchomemi czcionkami. W  E u r o p i e  sztukę drukowania wynaleziono w połowie XV.; według wywołującej żywą dyskusję hipotezy Gotfryda Zedlera, Laurens Janszoon  C o s t e r  w Haarlemie wynalazł najpierw odlewanie czcionek, Jan  G u t e n b e r g  zaś sporządził potem matrycę metalową; Gutenbergowi powiodło się też przedewszystkiem wykonać ręczny przyrząd do odlewania, który stworzył podstawę dla prawdziwej już sztuki drukarskiej i jej praktycznego zastosowania. Dopiero po wynalezieniu druku posługiwano się również i w Europie — jednak przez krótki czas — drukiem drzeworytowym. Powstały w ten sposób  k s i ą ż k i   d r z e w o r y t o w e , drukowane jednostronnie (druki anopisto–graficzne), jak „Biblja pauperum“, „Ars moriendi“ i i. Wynalazek Gutenberga był tak doniosły, że w paru dziesiątkach lat podbił cały ówczesny świat cywilizowany.
I jeszcze "len":
O ile u nas z włókien wyrabia lud rozmaite materje, a z siemienia tłoczy olej, ludy Azji wschodniej (w Japonji i Chinach) podobnie jak i Hindusi tłoczą z niego jedynie olej.  

Jeśli znajdziecie coś jeszcze, dajcie znać. Miłego czytania!

2015-10-03

Ryż z masłem i sosem sojowym バーター醤油ご飯

Opowiadałam Wam już o Nocnej Knajpie. To stamtąd wzięłam przepis na najlepszy ryż świata.

Składniki:
  • ugotowany do miękkości, gorący ryż dobrej klasy
  • łyżka masła
  • japoński sos sojowy/maggi
  • ewentualnie furikake

Wykonanie:
  1. ryż spulchnić i wsadzić do miseczki
  2. szybko nałożyć masło; poczekać aż się zacznie roztapiać
  3. polać odrobiną sosu sojowego - według własnych preferencji
  4. jeśli jest to dla Was zbyt mdłe, posypcie łyżeczką furikake.

Voilà!
Teoretycznie można podawać "do czegoś", ale według mnie jest ten ryż tak pyszny, że nie potrzebuje już żadnych dodatków.
Tak. To jest właśnie tak proste:

2015-10-02

uszka

Czy Wy też macie czasem takie dni, że podjęcie najprostszej decyzji jest prawie niemożliwe, nie wiecie, czego tak naprawdę chcecie, a Waszym najlepszym przyjacielem są kocyk, głupi serial i czekolada?
Ja orientuję się, że naprawdę jest źle po tym, że nie mam pomysłu na kolację. Jak wszyscy wiedzą, jestem nieprawdopodobnym łasuchem, który siłą powstrzymuje się od zmiany tego blogu w blog kulinarny. Więc jeśli któregoś dnia nie mam ochoty nawet jechać na mój ukochany targ, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze. Zazwyczaj podpuszczam wtedy ZB, żeby to on coś upichcił i zazwyczaj działa. I jest pysznie, bo on świetnie gotuje.
W jeden z takich dni oboje zapadliśmy na niemoc twórczą. W sumie - wylądowalibyśmy w knajpie, gdyby nie to, że nawet na knajpę nie potrafiliśmy się zdecydować. W końcu stwierdziłam, że może poszlibyśmy do kantońskiej knajpki na pyszne uszka (znacie je zapewne jako wontony) w rosole, bo dawnośmy nie jedli. 
Gdyby to była kreskówka, byłoby widać żaróweczkę, zapalającą się nagle nad głową ZB. Uszka! Tak! Ale nie w knajpie, a w domu. Od dawna nie odwiedzaliśmy naszego ukochanego zakładu uszkarskiego, czas to naprawić! 
Rowerujemy po uszka; ponad pół godziny w jedną stronę, ale warto. Parkujemy przy ulicy; ja zostaję, by popilnować naszych Rumaków, a ZB idzie po uszka. Coś do mnie krzyczy, ale nie słyszę, za daleko. Pokazuje na palcach: trzy rozpostarte palce, potem cztery, potem pięć. Ach, pyta, ile uszek kupić! Pokazuję pięć - pięćdziesiąt uszek, piętnaście dla ZB i dziesięć dla mnie to jedna kolacja, czyli będą akurat dwie porcje; drugą się zamrozi i będzie na kiedy indziej. 
Czekam.
Czekam.
Długo coś; ale widzę, że pani się krząta, więc spokojnie czekam.
Podchodzi ZB. Dźwiga dwie torby.
"Fiu,fiu!" - zagwizdałam. - "Hojny dziś jesteś, dużo uszek kupiłeś".
- "Za pięćdziesiąt yuanów, dwieście sztuk." - mówi słońce moich oczu.
- "Ile?!" - myślałam, że się przesłyszałam.
- "No przecież sama mi pokazywałaś, że za pięćdziesiąt yuanów, specjalnie pytałem!" - ZB wyraźnie nie poczuwa się do winy. 
- "Ale ja myślałam, że pytasz o ilość sztuk, a nie o ilość pieniędzy, które masz wydać..." - odpowiadam stropiona i zastanawiam się na głos - "to co, przez miesiąc nie będziemy jeść nic innego na śniadanie? Tylko gdzie my je pomieścimy, zamrażarka już prawie pełna..." - szczerze powiedziawszy, miałam ochotę go ochrzanić. Tylko chłopu mogło wpaść do głowy kupno 200 uszek dla 2 osób. No ale już kupione, a on się zaczyna tłumaczyć - "naprawdę nie wiedziałem, ile tego będzie. Pani podała mi siatkę i myślałem, że to już, a potem podała jeszcze jedną, następną i jeszcze trzecią... A ja zapłaciłem na samym początku, to co, miałem powiedzieć, że się pomyliłem i zażądać zwrotu pieniędzy?" - no tak, utrata twarzy byłaby zbyt bolesna. Chłopy...
I wtedy mnie olśniło. - "Kochanie, pamiętasz, jak żeśmy o tych uszkach opowiadali Twoim rodzicom? Z tego, co pamiętam, mieliśmy ich kiedyś na nie zaprosić, ale chyba nigdy się nie udało, prawda?" - ZB kiwa głową, przeszczęśliwy, że nań nie narzekam. Już, już wyciąga komórkę i dzwoni do świekrów. Tak, są w domu. Nie, nie mają planów na kolację. Tak, chętnie spróbują pierogów. Ukradkiem wysyłam jeszcze SMS do szwagierki - ona jest zawsze chętna na kolację z nami. Jedziemy do świekrów objuczeni ponad dwoma kilogramami uszek. Po drodze zabieramy suszone wodorosty nori i suszone krewetki na zupę. A ja tłumaczę ZB, że ponieważ kupił 200 uszek, to robimy tak - gotujemy 60 - będzie akurat dla 5 osób, 40 zostawiamy świekrom, a 100 bierzemy do domu, bo tyle nam wejdzie do zamrażarki. No i mówię mu, że sam sobie będzie gotował, bo jak tyle nakupował, to niech się teraz męczy. A co. 
Siedzę więc w pokoju ze świekrem i mu tę historię opowiadam - nieopatrznie zapytał, co nas naszło, żeby ni stąd ni zowąd przywieźć im górę uszek, a ja opowiedziałam, nie szczędząc humorystycznych wstawek. W tym samym czasie słyszę z kuchni głośne wybuchy śmiechu - to ZB opowiada swojej mamie tę samą historię. 
ZB stoi przy garach, a świekra wchodzi do salonu, siada naprzeciwko mnie i mówi: "cieszę się, że jesteś żoną mojego syna. 
Wiesz, on mi właśnie opowiedział, jak zamiast 50 uszek kupił 200, a Ty, zamiast na niego nawrzeszczeć, natychmiast wymyśliłaś sposób poradzenia sobie z nadprogramowymi uszkami, przy okazji dając nam możliwość spróbować no i spotkać się z Wami. Potrafisz każdą głupotę (no umówmy się - 200 uszek?...) mojego syna przemienić w radość. Nie mógł lepiej trafić.".
Oczy mi zwilgotniały. Mam cudownego męża i wspaniałych świekrów. Każdy czas, który możemy spędzić razem, jest szczęśliwy, pełen uśmiechów i wzajemnego uczucia. 
Dzwonek do drzwi. Wchodzi szwagierka. - "Słyszałam, że dziś jest wyżerka, co to się stało?". Opowiadamy znów tę samą historię; piątka dorosłych ludzi siedzi przy stole i umiera ze śmiechu. 
To były najlepsze uszka w moim życiu.

2015-10-01

Uniwersytet Yunnański Yunnan University 雲南大學

Odkąd mieszkamy rzut beretem od mojego dawnego uniwerku, jest to moje ulubione spacerowe miejsce.
Dziwaczne to. Kiedy siedem lat temu przyjechałam do Kunmingu na roczne stypendium, nie wiedziałam, że życie zwiąże mnie z tym miejscem na dłużej. Odkrywałam nieznane, uczyłam się, chłonęłam, co mogłam. Codzienny spacer do szkoły z pieczonym erkuajem vel chińskim burrito w jednej łapce, a z podróbką kawy w drugiej; najpierw upały, potem spadające liście miłorzębu, później dojmujące zimno, a potem rozświergolenie - kampus tego uniwerku widział, jak wsiąkam w Kunming.
Żeby było śmieszniej, mieszkam teraz około 500 metrów od mojego pierwszego kunmińskiego mieszkania (tak, byłam burżujką i wynajmowałam mieszkanie, zamiast mieszkać w akademiku. Dla porządku: akademik mi się nie "należał" w ramach mojego stypendium, właśnie dlatego mieszkałam na zewnątrz kampusu). Chadzam tymi samymi uliczkami, niektórzy sprzedawcy nadal mnie pamiętają. By dojść nad Szmaragdowozielone Jezioro, przechodzę obok tego samego Collegium Novum.
To miejsce to moje przeznaczenie. Odkąd to zrozumiałam, moje życie stało się piękniejsze... i prostsze.
Zapraszam na spacer po kampusie Uniwersytetu Yunnańskiego.
Lojalnie uprzedzam, tych spacerów będzie więcej :)