blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-09-30

Chengdu - korzenie

W Chengdu jest tak wilgotno, że korzenie pełzną po wierzchu, a nie sięgają wgłąb.
Jakież to inne od mojego Kunmingu! Dziwię się sobie, że w ogóle się przyzwyczaiłam. Przecież najbardziej na świecie kochałam wilgotny Tajwan... Miałam tam idealną cerę i prostowały mi się zmarszczki. Pocieszam się, że w Kunmingu przynajmniej pranie szybko schnie :)

2014-09-29

Kwiat nieśplika 枇杷花

Pamiętacie jeszcze, jakim wspaniałym owocem jest pipa? Czyli nieśplik?
Jest wspaniała. Ale niedawno zakochałam się w niej jeszcze bardziej. A to dlatego, że zobaczyłam kwiaty nieśplika. Z dołu ich nie widać, trzeba się wspiąć albo mieć pod ręką wyjątkowo niską pipę ;)
Śliczny, prawda?

2014-09-28

Klasyka 58 經典58

Zapewne wielu czytelników też ma takie wspomnienie z dzieciństwa - szklany litrowy czajnik, łyżka czarnego Yunnanu, łyżka "ulunga", zalewane wrzątkiem i trzymane w czajniku, aż "esencja" stała się ciemnobordowa, prawie czarna. Potem się to rozcieńczało wrzątkiem, dodawało cukru i cytryny - i była herbata w polskim stylu.
Trzeba mi było przyjechać do Chin, żeby zrozumieć, jak wielką krzywdę wyrządzało się takim "parzeniem" zarówno ulungom - czyli moim ukochanym herbatom czarnosmoczym - jak i zwykłemu "czarnemu Yunnanowi", czyli liściastej herbacie, w nomenklaturze zachodu czarnej, a w chińskiej - czerwonej, pochodzącej z Yunnanu.
Kiedy pojechałam na Tajwan, zakochałam się w herbatach czarnosmoczych. Po przyjeździe do Yunnanu - w zielonych i pu'erach. Wiele wody w Jangcy upłynęło, zanim sobie przypomniałam o herbatach czarnych. Kiedy już odkryłam je na nowo, zdumiało mnie, że ich liście mogą się różnić kolorem - od złotych przez brązowe po czarne, wielkością, zapachem... Moi faworyci to oczywiście głównie delikatne "złote" herbaty, zrobione z pączków liści herbacianych. Razu jednego kupiłam jednak za jakieś grosze pudło klasycznej herbaty czarnej liściastej - Czarną herbatę Klasyka 58. Jej liście są ukształtowane jak igiełki, stąd pieszczotliwa nazwa Songzhen - 松針 - sosnowe igły. Pamiętajmy, że wiele herbat - czarnych, zielonych czy białych - może nosić nazwę "sosnowe igły" ze względu na kształt, jednak tylko jedne z tych "igieł" będą zrobione na klasyczną herbatę czarną - i to będzie właśnie Klasyka 58.
Liście do takiej herbaty zbiera się na południu i południowym zachodzie Yunnanu - w Lincangu, Baoshan, Xishuangbanna, Dehongu itd. Zazwyczaj rośnie na pagórkach, powyżej tysiąca metrów nad poziomem morza, w łagodnym klimacie, ale z wyraźnymi skokami temperatur między dniem i nocą. Rankami jest tam chłodnawo i mgliście, drzewom herbacianym nie brakuje więc wilgoci. Dzięki temu nawet, gdy z jednej gałązki wyrasta już piąty czy szósty listek, dolne są nadal świeże i jędrne. W zasadzie tę herbatę powinno się robić tylko z liści drzew herbacianych, nie z krzewów, ale oczywiście różnie to bywa. Niby łatwo to poznać po wielkości liści, ale w sumie nie ma się o co ciskać - piłam oba rodzaje i wydaje mi się, że sposób obróbki liścia bardziej zmienia smak niż typ liści.
Postanowiłam zaparzyć tę herbatę zgodnie z regułami sztuki herbacianej, w gaiwanie.
Chciałam zobaczyć, ile razy taką dość podłą czarną herbatę można parzyć, gdy się nie robi "esencji", tylko parzy jak trzeba.
1. Zagotowałam wrzątek. Dużo wrzątku. Trzeba bowiem wyparzyć i ogrzać wszystkie naczynia: czajniczek względnie gaiwan, czarkę wspólną gongdaobei i czareczki. Po wylaniu wody z naczyń, kolejną porcją wrzątku zaparzymy herbatę, która właśnie tak wysokiej temperatury wymaga.
2. Przyjrzyjcie się, jaka piękna:
3. Teraz herbata ląduje w gaiwanie, do mniej więcej 1/4 albo i 1/5 gaiwana.
4. I od razu zalewamy ją wrzątkiem, najlepiej z dużej wysokości, żeby liście w gaiwanie zaczęły wirować - dzięki temu zaparzą się równomiernie.
5. Już kilka sekund później przelewamy herbatę przez siteczko do Wspólnej Czarki. Jeśli się zagapimy albo jesteśmy cokolwiek anemiczni, napar będzie gorzki. Serio! Ta goryczka, która wydaje się nam nieodłączną częścią smaku czarne herbaty, pojawia się dopiero po około pół minuty trzymania liści we wrzątku, czyli w wyniku przeparzenia.
Patrzcie, jaki herbata ma piękny kolor po tych paru sekundach:
Jak całkiem porządny Lipton, prawda? :D
W zależności od tego, czy w gaiwanie na liściach pojawiła się piana i czy w siteczku były paprochy, to pierwsze parzenie pijemy, albo wylewamy. Ja, ponieważ kupuję dobrą herbatę od zaufanych dostawców, nie muszę herbaty w ten sposób płukać - więc pierwsze parzenie rozlewam od razu do czarek. Inaczej postępuję tylko z bardzo złymi herbatami albo w trakcie prawdziwej ceremonii herbacianej, kiedy to pierwsze parzenie w ogóle nie nazywa się parzeniem, tylko właśnie myciem herbaty. Oczywiście, smak drugiego parzenia jest lepszy niż pierwszego, a trzeciego jeszcze lepszy niż drugiego - bo liście są już otwarte. Dlatego część znajomych herbaciarzy pozbywa się pierwszych dwóch parzeń, podlewając nimi kwiatki, albo zostawiając sobie wodę do mycia twarzy czy do okładów na oczy. Ja jednak lubię obserwować różnice między poszczególnymi parzeniami, więc
6. Nalewam do czarki. Czarka powinna być 七分滿 czyli napełniona naparem w 7/10. Nie, nie zwariowałam i nie mierzę. Po prostu nalewam tak, żeby się wygodnie do ust podnosiło bez rozlewania.
Herbatę czarną lubię podawać w przezroczystym szkle albo w jasnych czarkach - wtedy doskonale widać kolor. Niektórzy na szkło kręcą nosem - że nietradycyjne i w ogóle. Proponuję, żeby wobec tego nie używali elektrycznych czajników do grzania wody - one też nie są tradycyjne...
7. I już można pierwszym parzeniem częstować gości. Niech się zachwycą kolorem, zapachem, smakiem, a ja już mogę znów parzyć.
Z tej herbaty wyszło mi sześć fajnych parzeń; siódme było już cokolwiek zbyt słabe. Oczywiście każde następne parzenie powinno być kilka sekund dłuższe. Pamiętajcie, że wodę powinno się gotować tylko raz - jeśli temperatura trochę opadnie, nic się nie stanie. Przecież moc naparu można skontrolować również czasem trwania parzenia. Lepiej zaparzyć po raz drugi wodą o niższej temperaturze, niż zagotowywać wodę po raz wtóry. No chyba, że przerwy między parzeniami są tak długie, że woda całkiem stygnie... Nie dajcie sobie jednak nigdy wmówić, że herbata czarna potrzebuje kilku minut, by się zaparzyć. Nie potrzebuje, w każdym razie nie podczas pierwszych 3-4 parzeń.
Pierwsze dwa parzenia to jeszcze trochę przypominają ten nasz sławetny Yunnan w stylu polskim. Każde kolejne jest słodsze i dojrzalsze. Uwielbiam pić tę herbatę!
Tradycyjnie po ostatnim parzeniu zaczęłam się przyglądać mokrym liściom.
Pamiętam, jak ktoś mi kiedyś próbował wmówić, że jak herbata jest czarna, to liście po prostu muszą być połamane, bo oksydacja i w ogóle. Bzdura. Naprawdę dobre czarne herbaty nie mają wcale połamanych liści, albo połamane są tylko niektóre. Spójrzcie, jakie moje są piękne, a przecież to wcale nie jest herbata wysokiej jakości za parę tysięcy złotych za kilogram, tylko zwykła, tania, czarna herbata za parędziesiąt złotych za opakowanie...

2014-09-27

czapeczka 帽子

Czy wiesz, Szanowny Czytelniku, co to jest greenhorn, określenie wysoce złośliwe i uchybiające?
Nie, nie, żartuję oczywiście, nie zamierzam pisać własnej wersji Winnetou. Ale zawsze, gdy zaczynam od pytania do Czytelników, te słowa jako pierwsze wskakują mi pod palce. No dobrze. Nie będzie o żółtodziobach. Wróćmy do początku i zadam pytanie po raz wtóry.
Czy wiesz, Szanowny Czytelniku, co to jest "maozi"? Podpowiem nawet znaki: 帽子. I od razu mówię: pytanie jest podchwytliwe. Jeśli bowiem wziąć pod uwagę zwykły słownik mandaryńskiego, dowiemy się tylko, że jest to czapka/kapelusz/nakrycie głowy. Słowo to istnieje jednak również w dialekcie kunmińskim i tu ma zupełnie inne, kulinarne zresztą, znaczenie. Są to sosy czy też dodatki do makaronów, zwykłych i ryżowych. W spaghetti po bolońsku naszą "czapką" byłoby więc - po bolońsku, czyli to wszystko, co dodajemy do makaronu.
W Kunmingu jest tyle rodzajów "czapeczek" do klusek, ile makaroniarni. W jednej bazą jest mielone mięso w ostrym sosie, inna specjalizuje się w dodatkach jajecznych, w trzeciej będą same kiszonki itd. Podstawowy podział makaronów na te jedzone na sucho i te jedzone w zupie niczego nie zmienia - do zupy też można sobie dodać jakąś "czapeczkę", wzbogacając podstawowy smak potrawy.
Spójrzcie na poniższą tablicę:
W mojej ukochanej makaronowni jest tych czapeczek do wyboru, do koloru. Idąc od góry: duszone mięso, skwarki, sos z mięsem mielonym, pomidory, pędy groszku, "tofu" z krwi, mięso "trzy świeżości", pozycja nazywająca się wdzięcznie "specjalne liście" 風味葉子 i w końcu kurczak w chilli. Ostatnia pozycja to cena za pudełko do zabrania na wynos, więc się nie liczy.
Wróćmy do "liści". Przekonana, że będą to jakieś tutejsze zioła czy mieszanka sałat, zamówiłam. Okazało się, że "liśćmi" nazywają kunmińczycy smażoną wieprzową skórę, którą mi, wraz z dużą ilością cebulki, wrzucono na kluski...
Skórę akurat wolę pieczoną albo smażoną w głębokim tłuszczu - jest wtedy chrupka i pachnąca, a nie glutowata, no ale raz się mogłam przemóc... Tja. Nie dajcie się oszukać. Tę porcję oddałam ZB, który ją pożarł z zachwytem, a sama wzięłam "bombowy sos" mięsny - 炸酱.
Wracając do czapeczki - jest ona, jak widać, dodatkowo odpłatna. Jak więc wygląda wersja podstawowa? Same kluski?
Nie. Nie jesteśmy szanghajczykami, żeby wpieprzać zajadać się czystymi kluchami bez dodatków (szanghajskie 陽春麵 kluski słoneczno-wiosenne faktycznie składają się tylko z klusek, wody po gotowaniu klusek/zupy i odrobiny cebulki...). W dowolnej knajpie ZAWSZE do klusek jest jakaś czapeczka, zazwyczaj dwie lub trzy do wyboru. Te z tablicy to są tzw. 加帽, czyli czapeczki dodatkowe, jeśli komuś brakuje do szczęścia większej ilości/różnorodności smakołyków czapeczkowych.
Odkąd zdecywilizowałam ZB i zamiast jeść śniadania po knajpach, robi on sobie kluchy w domu, moją rolą jest zadbanie o czapeczki. Zawsze mamy więc jakieś smażone mięso z kiszonką czy sosem sojowym, mamy sos grzybowy z chilli i pieprzem syczuańskim, mamy kimchi i zieleninkę do tego. Zaletą domowych śniadań jest przystępna cena i higiena - na widok większości kluskarni sanepidowcy padliby trupem na miejscu. Wada jest tylko jedna, ale za to dość zasadnicza - ZB powoli dogania mnie, jeśli chodzi o ilość oponek na brzuchu...

2014-09-26

trójnoga żaba 三足金贍

Wiele osób pytało mnie, co na moim stole herbacianym robi żaba.
Po pierwsze: nie jest to do końca żaba. Ma bowiem trzy łapy.
Łatwo zauważyć, że choć z przodu faktycznie podobne do żaby, stworzenie ma trzy nogi. W dodatku jedna z tych nóg znajduje się w miejscu odbytu. Na grzbiecie ma pieniądze, w pysku też. I właśnie o ten pieniądz w pysku chodzi najbardziej: skoro ma pysk, a odbytu brak, to znaczy, że pieniądze tylko przychodzą, ale już nie wychodzą. To jest tzw. trójnoga skarbonka, jedna z wielu maskotek herbacianych. Przy każdym parzeniu karmi się ją herbatą, mając nadzieję, że faktycznie pomoże w gromadzeniu skarbów...

2014-09-25

Facebook prawdę Ci powie

Uwielbiam fejsa. Przede wszystkim za to, że, jak stwierdził Dom po pobieżnym przejrzeniu moich pamiętników, ja go wymyśliłam. Wklejałam tam pocztówki, zdjęcia przystojniaków, ciekawe artykuły, przepisywałam nałogowo wiersze, wpisywałam setki tysięcy mott, zaznaczałam, z kim mam się spotkać i dlaczego, a także po udanej wyprawie wklejałam nieudane zdjęcia. No fejs jak się patrzy, może tylko cokolwiek mniej publiczny. Nie miałam też ogłupiaczy w stylu idiotycznych psychotestów - a szkoda, bo bardzo lubię się przy nich pośmiać.
Dziś jest mi nie do śmiechu. Nawet ten idiotyczny psychotest powiedział wyraźnie, że powinnam mieszkać na Tajwanie. Na mojej wyspie snów, rajskiej wyspie, która przewróciła mi życie do góry nogami i przez którą wszystko się stało.
Nie zrozumcie mnie źle: pokochałam Kunming, jest dla mnie domem. Mam tu życie, które bardzo lubię, męża, którego uwielbiam pasjami, mam setki tysięcy tematów na blogonotki i nawet to, co jest w życiu najświętsze też tu mam. A jednak na przekór zdrowemu rozsądkowi, logice, na przekór rozumowemu wytłumaczeniu wszelkich wyborów życiowych - tęsknię za Tajwanem. Za tym pierwszym miejscem, w którym otworzyłam się na świat i zupełnie innych ludzi, za tym miejscem, któremu pozwoliłam mnie kształtować. Za miejscem, w którym przestałam się bać, że mi nie wyjdzie, że się nie uda, że (i tutaj setki innych kompleksów). Gdyby nie Tajwan, nie byłabym w Chinach. Gdyby nie Tajwan, nawet nie pomyślałabym o życiu w Azji. Gdyby nie Tajwan, nie miałabym teraz przyjaciół z rozmaitych miejsc. Gdyby nie Tajwan...
Kocham Cię, wspaniała wyspo, wyspo moja szczęśliwa! Nie jest nam pisane iść razem przez życie, ale zawsze będę Cię kochać.
Twój
Mały Biały Tajfun

2014-09-24

Rozumiejący-Muzykę-Mojej-Duszy 知音

Dawno, dawno temu, w Okresie Wiosen i Jesieni, żył w państwie Chu sławny muzyk, zwący się Yu Boya 俞伯牙. Już będąc dziecięciem objawił muzyczny talent, pozwolono mu więc uczyć się muzyki od Lian Chenga, słynnego nauczyciela. Po trzech latach nauczył się odeń wszystkiego, co tamten mógł przekazać, ale nasz Boya chciał się uczyć dalej. Mistrz poradził uczniowi: udaj się na łono natury, ona pokaże ci dalszą drogę. Nie będzie cię nikt rozpraszał, śpiew ptactwa i szmer strumieni będzie ci nauczycielem. Popłynął więc Boya na wyspę Penglai, by lepiej zrozumieć muzykę. Za nauczycieli były mu rzeki, góry, ptaki i lasy, a gdy opuścił Boya wyspę, na całym świecie nie było równych mu muzyków. Choć cieszyła go sława i własna wirtuozeria, był jednak Boya smutny - nikt bowiem nie rozumiał muzyki, którą grał.
Razu pewnego, gdy Boya płynął statkiem po rzece, straszliwie się rozpadało. Statek nie mógł płynąć dalej, zacumowali więc u brzegu wysokiej góry. Gdy Boya usłyszał, jak deszcz dzwoni, uderzając o taflę wody, wyjął swą cytrę qin i zaczął grać do wtóru deszczom. Wkrótce zauważył, że ma słuchacza: na brzegu siedział człowiek zasłuchany w piękną muzykę. Boya zaprosił go do siebie, na statek, przy okazji się ze słuchaczem zaznajamiając. Nazywał się on Zhong Ziqi 鐘子期.
Yu Boya kontynuował występ. Zagrał melodię zatytułowaną "Wysoka góra" 高山. Zasłuchany Zhong Ziqi się zachwycił: "Ta góra jest tak wysoka, jak Góra Tai!" Po chwili Boya zagrał "Płynącą wodę", a Zhong Ziqi znów błyskawicznie zareagował: "Niezmierzone są rzeki i oceany". Wzruszony Yu Boya wyznał słuchaczowi: "To wspaniałe! Twoje serce jest takie samo, jak moje!". W ten sposób zaczęła się ich wspaniała przyjaźń.
Gdy statek Yu odpływał w dalszą podróż, umówili się oni, że gdy Boya wróci z podróży, odwiedzi on Zhonga w jego rodzinnym domu. Nie można było przewidzieć, że zanim Boya skończy podróż, Ziqi zachoruje tak poważnie, że Boya nie zdąży przybyć przed śmiercią przyjaciela. Zamiast "rozumiejącego muzykę jego duszy", ujrzał Boya zimny grób. Nie mogąc pogodzić się ze stratą, roztrzaskał Boya swój instrument o grób przyjaciela i nigdy już nie zagrał znowu. Po co? Przecież jedyna na całym świecie osoba, która rozumiała grę jego, niczego już usłyszeć nie może...

Historię tę możemy znaleźć w Liezi. Dla mnie jest ona tym, czego oczekuję od najlepszego przyjaciela: chcę, żeby rozumiał, co mi w duszy gra. Dlatego tak bardzo pokochałam te dwa słowa: jakże dokładnie ujęły to, o co mi chodzi!
I Chińczykom ta historia wydała się inspirująca, na tyle, że powstała nawet opera chińska "Boya niszczy qin" 伯牙碎琴

Ta sama historia zainspirowała przystojniaka Wanga Leehom do napisania tej piosenki:

Oczywiście, istnieje też wiele pięknych kaligrafii i rzeźb, inspirowanych tą historią.

Szczerze? Wolę słuchać tej prawdziwej Płynącej Wody, wyobrażając sobie, że to sam Yu Boya gra dla mnie na guqinie...

Piękny kawałek, prawda? Nie dziwię się wcale, że w 1977 roku wylądował na Voyager Golden Record wraz z Beethovenem, Mozartem i Chuckiem Berry ;)

2014-09-23

罈子 tanzi

Czy wiecie, co to jest tanzi?
Jeśli jesteście uzależnieni od uproszczonych znaków, będziecie mieć problem. Uproszczony znak 坛 ma bowiem dwa znaczenia: ołtarz i gliniany słój. Oczywiście, w wersji tradycyjnej te dwa słowa opatrzone są dwoma zupełnie innymi znakami, dzielą tylko wymowę. Ołtarz to 壇, gliniany słój to 罈. W tradycyjnej wersji widać wyraźnie, że to gliniane naczynie, bo przecież 缶 to właśnie gliniany garnek/naczynie. Nienawidzę uproszczonych znaków.
Wróćmy do tanzi. Wiemy już, że to jest gliniany słój. Jednak słój słojowi nierówny i tylko jeden ich typ nazywa się tanzi. W dodatku obecnie nazwę rozszerzono również na tego typu słoje z innych materiałów: porcelanowe, szklane... Najważniejsza jest forma, nie materiał. Tanzi to nazwa zarezerwowana dla słojów o takim kształcie:
Każdy tanzi składa się z brzuchatego pojemnika z "kołnierzykiem" - czymś w rodzaju fosy - oraz z przykrywki w kształcie miseczki. Kołnierzyk jest wypełniony wodą, tak, by miseczka, która zamyka tanzi nigdy nie opierała się o suchy brzeg. Dzięki temu żadnemu owadowi nie przyjdzie do głowy wejść do środka tanzi; staje się on cudownie szczelny. Tanzi służy bowiem do kiszenia i dostęp owadów czy powietrza byłby mocno niewskazany. Z drugiej strony, gaz powstały podczas kiszenia bez problemu może się z tanzi wydostać. Jest to więc naczynie idealne :) Dawniej wszystkie tanzi do kiszenia były z gliny - podobne naszym kamionkowym garom do kiszenia ogórków. Wewnątrz nieszkliwione, albo pokryte naturalną glazurą, nie były one nigdy myte płynem do mycia naczyń czy innymi detergentami. Po spożyciu całej kiszonki, wsadzano po prostu do środka nową porcję. Smak wnikał głęboko w gliniane ścianki; nie bez przyczyny mawiano, że im starszy tanzi, tym lepszy smak kiszonek. Przy zakupie należało sprawdzić, nie tylko, czy tanzi jest szczelny, niepopękany itd. Sprawdzało się też, czy aby na pewno pochodzi z Syczuanu. To ta prowincja najbardziej się szczyci swymi kiszonkami i dlatego uważano, że tanzi syczuańskie zapewni kiszonkom wysoką jakość. Do dziś zresztą w niektórych okolicznych dialektach na kiszonki wysokiej klasy mówi się "jedzenie z tanzi" 坛子菜 i odróżnia się je od innych kiszonek - kwaśnego jedzenia 酸菜 czy namoczonego jedzenia 泡菜.
Z czasem w Jingdezhen, Mieście Porcelany, zaczęto wytwarzać tanzi kaolinowe czy nawet z biało-niebieskiej porcelany. Zresztą - różnie barwiono tanzi i z różnych materiałów się je po dziś dzień wykonuje. Niektóre są sztuką dla sztuki - powiedzcie sami, odważylibyście się kisić kapustę w cieniusieńkiej, przepięknej porcelanie? Dlatego co piękniejsze służą choćby do przechowywania dobrych nalewek albo po prostu do stania i ładnego wyglądania. W naszym domu w szklanym tanzi robię nalewki, pilnując, by w "fosie" zawsze była woda. Jeśli akurat nie robię nalewek ani kiszonek, znajduję dla tanzi całkowicie inne zastosowanie: napełniam go wodą i wsadzam do środka bukiet kwiatów. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ZB patrzy na mnie wówczas jak na wariatkę...

2014-09-22

tańczące emerytki

Kiedy przyjechałam do Chin po raz pierwszy, wiedziałam, że tu będzie inaczej niż na Tajwanie, ale nie wiedziałam, jak bardzo inaczej. Różnic są setki i nie ma sensu się nad nimi rozwodzić; dziś o jednej, dość zasadniczej. Rzecz dotyczy starszych ludzi. Ogólnie rzecz biorąc, ci, z którymi miałam styczność na Tajwanie, byli ludźmi kulturalnymi, dobrze wychowanymi. Dziękowali za ustąpienie miejsca w autobusie, chętnie gawędzili z Obcym, nigdy nie zostawili mnie bez pomocy, gdy pilnie szukałam czegoś na mapie miasta. Rankami i wieczorami ćwiczyli swoje taichi i promieniował od nich spokój.
W Chinach przywitali mnie starsi ludzie, którzy po trupach pchają się do autobusu, prędzej dadzą ci z łokcia w żołądek niż poczekają na swoją kolej, są głośni, antypatyczni i uważają, że wszystko się im należy. Ostatnio na całym świecie głośno jest o chińskich babciach, które kradną przestrzeń publiczną, by ćwiczyć swoje tańce. Nie brzmi groźnie, prawda? Ale jak się kilka godzin dziennie słyszy coś takiego

przez okno, to ma się ochotę je wszystkie związać i wywieźć na pustynię. Najlepiej bez wody i pożywienia. Żwawe emerytki twierdzą, że to dla zdrowia i nikomu nic do tego. Niby tak. Co je to obchodzi, że poza ich własnym zdrowiem fizycznym, które mogą trenować również spacerami czy ćwiczeniami, PO CICHU!!!, jest jeszcze zdrowie psychiczne reszty obywateli?...
Pisała o tym Kasia Sarek jakiś czas temu, więc nie będę powtarzać. Powiem natomiast, co o tym myśli moja rodzina, ze szczególnym uwzględnieniem świekrów. Są oni w wieku podobnym do tych tańczących do głośnej muzyki pań. Niby powinno ich ciągnąć, by do nich dołączyć, ale oni przechodzą na drugą stronę ulicy i prychają. Świekr, jak tylko poszedł na emeryturę, zaczął się uczyć tańca. Przeszedł cały kurs podstawowy plus tańce latynoamerykańskie. Dla emerytów są takie kursy za darmo. W opłaconych salach, wytłumionych, żeby nie przeszkadzać innym. Świekra z kolei tańczyła całe życie w przyzakładowym "Mazowszu". Również tańczyli w salach, albo w przestrzeniach specjalnie do tego przeznaczonych. Wiedzą, że to żadna przyjemność być zmuszonym do słuchania muzyki, której się nie lubi i patrzą na te emerytki jak na pasożyty. Wiedzą, że nikt im nic nie zrobi - bo szacunek dla starszych (niby tak, ale dlaczego tylko dla tych głośnych?), bo niska szkodliwość społeczna czynu (tja... ci, których okna wychodzą bezpośrednio na parki czy ryneczki, są całkowicie innego zdania), bo lepiej, żeby tańczyły niż żeby uprawiały madżongowy hazard...
ZB dał mi nową perspektywę. Spójrz, mówi, przecież wszyscy widzą, że to są po prostu chuliganki. Stare, ale chuliganki. Przecież gdyby młodzież próbowała tak hałasować, natychmiast przyjechałaby policja i ich rozpędziła na cztery wiatry. Nie reagują ani na prośby, ani na groźby. Uważają, że po prostu ma być tak, jak one lubią, bo tak! Czy to znaczy, że starzy ludzie w Chinach zrobili się źli? Nie! Pomyśl sama: skoro teraz mają 50-60 lat, to znaczy, że ich młodość przypadała na czasy Rewolucji Kulturalnej. Te pyskate i egoistyczne starsze panie parędziesiąt lat temu przekrzykiwały się hasłami z Czerwonej Książeczki, wydawały własnych rodziców policji, paliły wartościowe książki i pluły na nauczycieli, których z pomocą władz wysyłały do obozów reedukacji przez pracę. Nie starzy Chińczycy zrobili się źli, tylko źli Chińczycy zrobili się starzy. Jak można wymagać dobrego wychowania i przestrzegania zasad współżycia społecznego od takich śmieci?...

2014-09-21

滇菜 Yunnańska kuchnia

W baidu znalazłam kawałek na temat yunnańskiego żarcia. Postanowiłam przytoczyć chociaż fragment, żeby Wam pokazać, jak bardzo opis ten różni się od opisu kuchni yunnańskiej w książce Katarzyny Pospieszyńskiej.

Diancai 滇菜, nazywane również kuchnią yunnańską albo yunnańsko-guizhouską, to potrawy o silnej specyfice yunnańskiej, czyli odpowiednio pikantne i doprawione acz starające się zachować oryginalny smak składników. Na pierwszym miejscu znajduje się troska o zdrowie i o świeżość. Takie potrawy kochają starzy i młodzi. Kuchnia yunnańska jest złożona z trzech podtypów, przy czym najbardziej charakterystyczna jest kuchnia północno-wschodniego Yunnanu. Ze względu na swe położenie - bliskie innym prowincjom - dania tego regionu przejęły niektóre smaki i sposoby przyrządzania dań z Syczuanu. Stąd pochodzą na przykład kurczak w chilli, ersi na parze czy leśne grzyby smażone z chilli. Drugi podtyp to kuchnia zachodnioyunnańska. Tu z kolei bliskość Tybetu, Birmy i Laosu, a także obecność wielu mniejszości etnicznych wpłynęła na kuchnię. Reprezentantem kuchni zachodnioyunnańskiej może być chociażby dalijski ser podpuszczkowy. Z kolei jedzenie południowoyunnańskie - z rejonów tropikalnych - może reprezentować ryż w ananasie.
Na specyfikę kuchni yunnańskiej największy wpływ mają:
1) położenie geograficzne
2) różnorodność etniczna.
To przez nie kuchnia yunnańska jest tak bogata. W każdym rejonie są dostępne inne składniki; każda grupa etniczna ma swoje przyzwyczajenia jeśli chodzi o przygotowanie potraw czy ich przyprawianie. Po wymieszaniu wszelkich możliwych wpływów, kuchnia yunnańska charakteryzuje się dążeniem do świeżości i zachowania pierwotnego smaku; bogactwem zapachu i słodyczą, tym, że smak kwaśno-ostry jest wyważony, a smak drętwiejący (ma 麻) łagodny; chrupkością na zewnątrz i kleistością w środku, gotowaniem tak, by pokarm nie był surowy, ale też nie rozgotowany.

Nie jest to dokładne tłumaczenie, ale ogólny sens zachowałam. Porównajcie sobie teraz ten opis z opisem Pospieszyńskiej....

2014-09-20

oszukane pierogi

Moja Mama jest pierogowym mistrzem. Patrzy uważnie na kulkę ciasta i już wie, ile zrobić farszu. Albo odwrotnie: patrzy na farsz i robi dokładnie tyle ciasta, ile potrzeba, żeby nic się nie zmarnowało i niczego nie zabrakło.
Ja jestem pierogową idiotką. Znaczy - mogę lepić, mogę robić farsz, a jak już zrobię, to będzie pyszne - ale niestety nie mam pojęcia, jak dopasować ilość farszu do ciasta. Za każdym razem wychodzi mi inaczej.
Odkąd mieszkam w Kunmingu, nie robię ciasta do pierogów. Powód? Na każdym targu można dostać pierogowe "skórki", czyli ciasto, już pokrojone w kwadraty bądź kółka. Ciasto jest idealne i tanie. Za dwa yuany zaopatruję się w 40-50 pierogowych skórek; starcza dla nas na kolację i na porcję pierogów do zamrażarki. To znaczy - starczyłoby, gdybym miała gwarancję, że zrobię dobrą ilość farszu. Zazwyczaj jednak zostaję z pięcioma-dziesięcioma plasterkami ciasta. Wyrzucać nie chcę, a robić farsz na pięć pierogów to robota dla głupiego. Stąd pomysł na oszukane pierogi - przyprawione kawałki ciasta, które można usmażyć bądź upiec. Cudowny sposób na zagospodarowanie resztek ciasta :)
Składniki:
*ciasto pierogowe, rozwałkowane i podzielone na równe kawałki
*zielona cebulka drobno posiekana
*sól, pieprz
(w wersji wypaśnej)*odrobina mielonego mięsa
Wykonanie:
1) Na jednym plasterku ciasta umieszczamy cebulkę i przyprawy; w wersji wypaśnej najpierw cieniusieńko smarujemy ciasto mielonym mięsem, zostawiając gołe brzegi
2) przykrywamy drugim plasterkiem ciasta.
3) w wersji podstawowej - składamy ciasto w drobną kosteczkę i rozwałkowujemy w placuszek. W wersji wypaśnej - zlepiamy brzegi "pierogów"; w razie potrzeby najpierw zwilżamy ciasto wodą.
4) smażymy na średnim ogniu z obu stron. Ciasto powinno lekko zbrązowieć tam, gdzie dotyka patelni; trzeba uważać, żeby nie przypalić.
5) podawać można z dipami - u nas najczęściej ze słodko-ostrym tajskim sosem chilli.
Tego typu "pierogi" w wersji podstawowej zwą się "cebulkowymi ciasteczkami" 蔥花餅 i można je kupić na straganach śniadaniowych. Wersji z mięsem nigdy nigdzie nie widziałam, ale stosunkowo najbardziej przypomina ona w smaku guokui, ukochaną przekąskę chengduńczyków, zwłaszcza, jeśli się użyje pieprzu syczuańskiego zamiast zwykłego...
Ja często zastępuję cebulkę inną zieleniną; cudowne są takie placuszki na przykład z posiekanymi liśćmi pieprzu syczuańskiego.

2014-09-19

miesiąc miodowy 蜜月

Trzy razy w tygodniu chodzimy na badmintona. Ja gram z ZB godzinkę i umieram, a potem wracam do domu. On zaś zostaje i gra do upadłego, czyli 3-4 godziny. Tak, jest wariatem.
W trakcie umierania przytulam się do męża i omawiam z nim Ważne Sprawy: co kupić na obiad, czy mam upiec ciasto itd, nie stroniąc jednocześnie od uśmiechów i słodyczy, które resztę naszego badmintonowego towarzystwa przyprawiają o zniesmaczenie/obrzydzenie/zażenowanie. Te wszystkie trzy uczucia wyrazić można jednym przymiotnikiem: 肉麻, który dosłownie przetłumaczony znaczy "zdrętwiałe mięso". Chodzi o to uczucie, gdy dostajesz dreszczy i reakcja psychiczna przekłada się na reakcję ściśle fizyczną - tak Cię coś brzydzi, że całe ciało zaczyna Cię swędzieć i dostajesz gęsiej skórki. I właśnie tego przymiotnika używają koledzy i koleżanki ZB widząc, jak sobie słodzimy. Ja, nie tracąc rezonu, odgryzam się, że mówią tak z czystej zazdrości (羨慕嫉妒恨 - zazdrość+zawiść+nienawiść), bo też by tak chcieli, ale nikt nie jest dla nich aż tak miły. Przekomarzamy się, a jedna z koleżanek pyta: kiedy Wy w końcu zamierzacie skończyć ten wasz miesiąc miodowy?
Odpowiadam jej i wszystkim innym przy okazji: mam szczerą nadzieję, że nigdy :)
Wpis sponsorowany przez rocznicę ślubu ;)

2014-09-18

reklama społeczna

W trakcie jazdy autobusem nie wystawiaj głowy ani rąk.
Biorąc pod uwagę to, na jakiej wysokości znajdują się konary większości tutejszych drzew, w sumie jest to nawet sensowne...

2014-09-17

reklama społeczna

Mężczyzna po lewej zachwala towar: "bardzo tanio!". Dzieciaki odchodzą, mówiąc, że wolą oryginał.
Oryginalne płyty/oprogramowanie itp. nazywają się 正版 czyli wersje prawidłowe. Te spiracone nazywają się 盗版 czyli złodziejskie, kradzione, bandyckie. Co ciekawe, właśnie dzięki temu słówku zapamiętałam w końcu, jak po chińsku jest pirat. Jest to bowiem "morski bandyta" 海盗.
Sam znaczek bandyty jest fascynujący. Rozłóżmy go na części pierwsze. Przy pierwszej rozbiórce mamy 次 i 皿, jednak ten pierwszy trzeba jeszcze wytłumaczyć. Ci 次 znaczy gorszy. Składa się z 二 - drugi - i 欠 - brakujący/mający braki. Ci 次 jest więc gorszy - drugi, a nie pierwszy, bo czegoś mu brakuje. I właśnie z tego braku bierze się złodziejstwo i bandytyzm 盗: patrzymy w czyjąś miskę 皿, zapewne pełną, a sami mamy coś gorszego 次, czegoś nam brakuje 欠...

2014-09-16

Ten Obcy

Słyszeliście kiedyś o Kolorowych Oczach? Ja usłyszałam całkiem niedawno - oczywiście zaraz potem dowiedziałam się, że tak naprawdę nie chodzi o kolorowe oczy, a o przynależność etniczną, z oczami niemającą nic wspólnego, ale to już inna rzecz. O co więc chodzi?
Mongołowie podbili Chiny i uporządkowali ludność, dzieląc ją na cztery klasy/kasty. Najwyżej byli oczywiście Mongołowie, którzy wszystkimi rządzili. Później byli Semu 色目, o których będzie dzisiejszy wpis. Na trzecim miejscu - Hanowie, czyli dzisiejsi "etniczni Chińczycy". Na ostatnim - również Chińczycy etniczni, ale z terenów, które należały wcześniej do Songów - czyli z Chin Południowych. Nazywano ich więc (południowymi) barbarzyńcami - Manzi 蠻子. Już po samym tym podziale widać, kogo musiała pomieścić kasta Semu: wszystkich, którzy nie byli Mongołami czy Hanami. Czyli byli to wszyscy możliwi "obcy". Biorąc pod uwagę, że kasty zostały uporządkowane od "najlepszej" do "najgorszej", widać wyraźnie, że obcy mieli wyższą od Chińczyków pozycję (Mongołowie bali się dopuścić etnicznych Chińczyków do jakiejkolwiek władzy) - co miało m.in. konsekwencje prawne. Kim jednak faktycznie byli Semu? Byli 各色名目 - czyli "wszystkim innym", różnymi różnościami. Byli między nimi Arabowie, Alanowie (Sarmaci), Asyryjczycy, Ujgurzy, Tanguci, Tybetańczycy, Rosjanie, Persowie, Turcy i Karachanidzi; część zamieszkiwała tereny ówczesnego Imperium Mongolskiego od dawna, część handlowała, a część została przez Mongołów nakłoniona do przeprowadzki właśnie w tym okresie. Podejrzewam, że generalnie wrzucano do tego worka wszystkich imigrantów - a było ich podobno nawet ponad 30 typów! Nawet jeśli kilka z nich to ci sami ludzie podwójnie zaklasyfikowani, i tak było ich dużo. Powstała kasta nie zintegrowała ich - identyfikowali się nadal głównie z własną grupą etniczną. Klasyfikacja służyła wówczas raczej celom administracyjnym. Pozwalała obcym poczuć się lepiej niż Chińczykom - obcy mogli startować do wysokich stanowisk, nosić broń... W związku ze zdecydowaną przewagą muzułmanów (choć wśród Semu byli też chrześcijanie czy żydzi!) często błędnie wrzucano ich do jednego worka, nazywając Huihui. Faktycznie, najsłynniejsi Semu byli muzułmanami, aczkolwiek ciekawa jestem, jak sobie w owych czasach radziło ich muzułmańskie sumienie. Wysoką pozycję społeczną mogli bowiem uzyskać tylko jeśli przestrzegali reguł - a te wymagały przyjęcia choć części mongolskich zwyczajów. Na przykład: zabroniona była rytualna rzeź zwierząt (oczywiście, nadal się odbywała - zarzynali owce z dala od mongolskich oczu) i narzucana kuchnia mongolska. Zabraniano również obrzezania, a obywatele musieli respektować prawo mongolskie, a nie szariat. Biedni, uciśnieni muzułmanie, stwierdzili, że nie podoba im się służba Mongołom i dołączyli do trupy późniejszego pierwszego cesarza dynastii Ming. Ciekawe, że innych obcych zmuszano do zjednoczenia się z muzułmanami - byli do tego zmuszani zarówno chrześcijanie, jak i żydzi* - a im się i tak nie podobało. Wszczynali rebelie, spiskowali - a przecież i tak mieli lepiej niż etniczni Chińczycy... Inna rzecz, że część z nich zasymilowała się z chińskim społeczeństwem - pozdawali egzaminy cesarskie, przyswoili zasady konfucjańskie i reguły ówczesnej poezji. Kiedyś może pokuszę się o przetłumaczenie jakiegoś wiersza mojego ulubionego poety tamtych czasów - Guan Yunshi, muzułmanina tureckiego pochodzenia, który nie chciał robić kariery :)
Inna rzecz, że choć próbowano ich pilnować i zmieniać - te wszystkie restrykcje nakładane na muzułmanów, a za czasów dynastii Ming nawet konieczność zawierania związków małżeńskich z etnicznymi Chińczykami - w zasadzie nie zniszczyły ich poczucia odrębności i zupełnie niechińskiej tożsamości. Ba! Ci, którzy hajtali się z Chinkami/Chińczykami oczywiście konwertowali ich na islam, więc populacja muzułmanów w Chinach rosła nieprawdopodobnie szybko; teoretycznie chińska krew rozrzedzała mocno tę perską, turecką czy ujgurską, ale nawet dzisiejsi Huiowie mówiąc o swych przodkach, wspominają właśnie Semu, chińskie dziedzictwo pomijając niezręcznym milczeniem.
W związku z tym pomieszaniem i poplątaniem etniczno-kastowym, gdy upadła dynastia mongolska, zapomniano o Semu, a obcych - skoro byli głównie muzułmanami - zaczęto nazywać Hui. Część z nich nie została zresztą w Chinach - zaczęli emigrować przez Yunnan do Birmy czy Tajlandii; zawsze mieli zmysł kupiecki. Ci yunnańscy huiowe byli tam nazywani Panthay. Sami Yunnańczycy oczywiście tego określenia nie używają - przecież jest to słowo birmańskie. Przed tymi, którzy zostali, otwarte były wszelkie ścieżki kariery - zostawali urzędnikami, otaczał się nimi cesarz, który pozwolił im wrócić do dawnych zwyczajów kulinarno-religijnych. Muzułmanie stopniowo rośli w siłę, a inni Semu - albo zostali skonwertowani, albo stopniowo powymierali. Maleńkie zachowane społeczności typu żydzi z Kaifengu są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Do Yunnanu obcy przybyli w trzech partiach - jako Fanke 番客, czyli goście z zagranicy - najczęściej handlarze i podróżnicy czasów tangowskich i songowskich, jako Semu za czasów mongolskich i oczywiście później. Poosiedlali się w całym Yunnanie - i choć dzisiaj etniczni Chińczycy stanowią zdecydowaną większość ludności Yunnanu, a muzułmanów jest zaledwie parę procent, to istnieje ładnych parę miast, w których stanowią większość; są też miasta, którymi w ogóle muzułmanie rządzą - jak choćby Jinning, Weishan czy Xundian. Wymieszali się z miejscowymi, oczywiście ich przy okazji nawracając. Nie tylko z Chińczykami; na celowniku znaleźli się też Baiowie, Daiowie, Yi... O innych "obcych" już dawno wszyscy zapomnieli.
Zafascynowała mnie historia tych obcych, pewnie dlatego, że sama jestem obca. Może też trochę dlatego, że miałam okazję poznać wielu tutejszych muzułmanów, głównie tych... hmmm... nieortodoksyjnych. Mówią o sobie przede wszystkim jako o Huiach, a dopiero potem jako o Yunnańczykach; na samym końcu wspominają, że tak, owszem, w zasadzie są Chińczykami, ale innymi od tych prawdziwych Chińczyków. I mówią tak, siedząc przy jednym stole z niemuzułmanami (a nie powinni), pijąc alkohol (jeszcze bardziej nie powinni), a kobiety nie zakrywają sobie głów (skandal!), które w dodatku są ufarbowane. Kiedy się z nimi spotykamy, nie zamawiamy wieprzowiny. Oni zaś jedzą z nami niehalalowo zarżnięte kurczaki, odziani w jedwabie i złote ozdoby. Choć więc ważne jest dla nich poczucie odrębności, choć czują się lepsi od Chińczyków Han (owszem!) - jestem ciekawa, na czym opierają swoją islamską tożsamość. Czyżby na tym, na czym wielu Polaków opiera swój katolicyzm - na tradycji i przyzwyczajeniu, nie mających specjalnego przełożenia na życie?

*nie wszystkich zdołano zmusić, mówię tylko o tendencji.

2014-09-15

茉莉花 Kwiat Jaśminu

Próbka mieszanki baletu z tańcem z wachlarzami do jednej z najsłynniejszych chińskich piosenek ludowych w wykonaniu Amerykanek chińskiego pochodzenia. Enjoy!

2014-09-14

żarcie uliczne

Jestem wielką fanką blogu Na wsi w Japonii. Prostym językiem opisane jest całkiem zwykłe życie na drugim końcu świata. Uwielbiam - zwłaszcza, że zawsze się dowiem czegoś ciekawego. Czas jakiś temu był wpis o japońskich świętach, a w nim akapit o ulicznym żarciu:
Matsuri to chyba jedyny czas, kiedy Japonczycy bez krepacji jedza na ulicy. Normalnie nie jest to zbyt powszechne. Niektore blogi powiedza wrecz, ze sie tego nie robi i sie tego w Japonii nie spotyka. Bzdura. Oczywiscie, ze Japonczycy jedza na ulicy. Robia to jednak na tyle dyskretnie, ze malo kto zauwaza, a juz na pewno nie przecietny gaijin.
Jednak podczas festiwalu normalne zasady dyskrecji zostaja zawieszone. No bo jesli paradujesz po ulicy bez portek, to co sie bedziesz przejmowal, ze w jednej garsci masz papierowy kubek pelen kawalkow smazonego kurczaka (nie tam zadne KFC, tylko ulicznie smazone karaage), a w drugiej - puszke piwa?
I tak to podczas festiwali je sie na ulicy i z ulicy. I nikt sie tym nie przejmuje. I nikt nie uwaza tego za brak manier. Ba! Podczas festiwali zdarza sie ludziom po prostu usiasc na chodniku, i co z tego, ze blokuja ruch innym pieszym, i siorbac zupke, czy jesc cos na patyku.
Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie moich Japończyków na Tajwanie, którzy obrzucali mnie SPOJRZENIEM, gdy kupowałam uliczne żarcie i spożywałam w trakcie spaceru. A potem sobie przypomniałam, jak zostałam kiedyś skarcona przez koreańskiego żołnierza, który miał nieszczęście być ze mną w klasie. Otóż: żywiłam się wówczas głównie na stołówce; stołówki Uniwersytetu Yunnańskiego są naprawdę ok, za niewielkie pieniądze można się tam było nawtranżalać po samo ucho. O ile jednak żarcie było tam świetne, o tyle huk i gwar na stołówce bardzo utrudniał skupienie się na posiłku. Zanabyłam więc pojemniczek z przegródkami, do którego wygodnie można było naładować ryż, mięsko i warzywa, wszystko osobno, żeby się nie bleblało. Napełniwszy pojemniczek pysznościami, szłam na pobliskie boisko do kosza popatrzeć sobie w trakcie posiłku na śniadych, wysportowanych, spoconych młodzieńców w trakcie gry. Bardzo mi ten widok poprawiał apetyt, nie powiem :D Razu pewnego idę tak sobie w stronę punktu widokowego, a zapudełkowane żarcie mi pachnie. I pachnie. I jeszcze bardziej pachnie. W końcu nie wytrzymałam i, cały czas idąc, zdjęłam pokrywkę, żeby tylko uszczknąć odrobinę minischabowego. I jeszcze odrobinę. No, jeszcze tylko kawałeczek...
Nagle słyszę prychnięcie. Podnoszę wzrok i widzę zniesmaczoną twarz koreańskiego kolegi, wpatrującego się w to, jak jem w trakcie chodzenia. Gdy zobaczył, że potępiające spojrzenie w ogóle nie wywarło skutku i nadal spożywam, zbluzgał mnie najgorszymi możliwymi słowy: "zachowujesz się jak CHIŃCZYK!!!"...

2014-09-13

wyskrobki 鍋巴

Czy lubicie jeść wyskrobki? Ja uwielbiam! Od dziecka najbardziej kochałam wyskrobki z jajecznicy, usmażonej przez Mamę. Pamiętam, jak Mama pytała, czy chcemy jajecznicę półpłynną czy wysmażoną, a myśmy chcieli same wyskrobki. Tak samo kochałam wyskrobki z gęsiarki, po pieczonym kurczaku czy indyku: lekko przypalona skórka, słodka i pachnąca, mniam!
Ku mojemu zdziwieniu, Chińczycy zdają się również przepadać za wyskrobkami, bo nazwali tak jedną z ulubionych przekąsek - małe, zbożowe bądź ryżowe, ciasteczka smażone zazwyczaj w głębokim tłuszczu:
Oczywiście, nazwę przetłumaczyłam dość swobodnie, bo 鍋巴 oznacza dokładnie "coś, co się przykleiło do garnka", coś, co przywarło, przy czym tym cosiem powinien być ryż. Za czasów, gdy ryż się gotowało bezpośrednio nad ogniem, guoba czyli właśnie przywarty, wysuszony, uprażony, lekko złotawy ryż był resztką pozostającą po każdym posiłku. Z ręką na sercu muszę przyznać, że też mam talent do tworzenia guoba, bo zawsze zapominam wyłączyć na czas elektryczny garnek do gotowania ryżu. Mężowi mówię, że robię to specjalnie dla niego, on bowiem z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy guoba były jedyną przekąską, jaką dzieci mogły dostać. Tak! Tego ryżu nikt nie wyrzucał, nie namaczał garnka próbując go uwolnić od resztek. Czekało się, aż ryż się wysuszy i upraży, a potem było go już łatwo wyjąć z gara. Gdy został wyjęty, stosunkowo rzadko, bo tylko w dość zamożnych rodzinach, oddawany był jako przekąska dzieciom. Zazwyczaj doprowadzało się go do takiego stanu wysuszenia, że nie mógł się zepsuć i chowano na czarną godzinę. Czarną godziną mógł być przednówek albo po prostu męczący dzień, kiedy się nie miało czasu na gotowanie. Wyjmowało się wówczas ukryte guoba i traktowało jak pełnowartościowy posiłek. Można go było schrupać albo ugotować na nim zupę. Chroniące ludzi przed głodem guoba zyskały więc wdzięczną nazwę "opoki" 靠山 - 依靠之山 czyli góry, na której można się wesprzeć. Guoba mogły być czystoryżowe, albo dosmaczone. Smak brał się z tego, że często resztki dań przygotowanych na poprzedni posiłek podgrzewano bezpośrednio na ryżu - wówczas tłuszcz wytopiony z mięsa czy sok z warzyw spływały na dno garnka, wzbogacając smak guoba.
Z czasem guoba przestały być tylko zapasem na zimę czy przysmakiem dla dzieci, a stały się częścią bogatej kultury kulinarnej Chin. Pojawiły się dania, wykorzystujące guoba jako immanentny składnik dania - na przykład guoba z gęśnicami, z paskami kurczaka, z kalmarami czy z pęcherzem pławnym. Ponoć sam Qianlong zakochał się w guoba z krewetkami, kurczakiem i odrobiną rosołu.
Z chwilą, gdy okazało się, że guoba nie jest kawałkiem zmarnowanego ryżu, a czymś, co można sprzedać, różne miejsca zaczęły się bić o to, kto wymyślił guoba. Moim zdaniem dyskusja jest dość idiotyczna, bo skoro guoba to coś, co powstaje w trakcie gotowania ryżu, to spokojnie połowa Chin mogłaby się ubiegać o palmę pierwszeństwa. Chwilowo wygrywa prowincja Anhui, że niby oni z dawien dawna mieli przekąskę zwaną "plackiem z garnka" 鍋粑, przy czym z czasem placek ba 粑 zmienił się na homonim, który w mandaryńskim jest jednym z typowych uprzedmiotowujących sufiksów - ba 巴.
No i jeszcze jest legenda. Podobno właśnie z Anhui pochodził Chen Yi, posłuszny i dobry syn, który codziennie dostarczał mieszkającej za miedzą mamie jej ukochaną przekąskę - guoba. Zdarzyło się jednak, że był tak zapracowany, że po zrobieniu guoba nie zdążył zanieść ich mamie, i to kilka dni z rzędu. Chował je więc do węzełka z zamiarem zaniesienia ich hurtem. Nieszczęście się jednak stało - wybuchła wojna. Nasz miły Chen Yi przypomniał sobie o skarbie chowanym w węzełku dopiero, gdy kompania zaczęła się zastanawiać, czy prędzej ich wykończy wróg, czy głód. Nakarmił wygłodzonych towarzyszy broni i zdołali oni dotrwać do momentu przybycia posiłków - w podwójnym tego słowa znaczeniu.
Dziś na guoba ciąży zła sława przekąsek niedobrych dla zdrowia, powodujących raka żołądka. Ja rozumiem, że nie należy spożywać produktów przypalonych w aluminiowym garnku, ale taki zwykły, mocno przyprażony ryż chyba nie jest szkodliwy, prawda? PRAWDA??? Niby można się ratować supermarketowymi guoba, które z prawdziwymi wyskrobkami nie mają nic wspólnego, już bardziej przypominają nasze krakersy - ale przecież najlepiej jest wyskrobać lekko przyprażony ryż, umoczyć go na przykład w miodzie i schrupać na deser....mmmmm.....

2014-09-12

Yunnańska Smocza Studnia 云南龙井茶

Moja ulubiona Herbaciana Ciocia, u której zawsze mogę liczyć na czarkę porządnej herbaty i która zawsze zaśmiewa się ze mnie do łez, zapytała mnie kiedyś, czy słyszałam o yunnańskiej Smoczej Studni. Smocza Studnia to herbata bardzo sławna, ale z Yunnanem nie mająca nic wspólnego - wytwarza się ją bowiem w Zhejiangu, czyli dokładnie po drugiej stronie Chin, więc HC zabiła mi niezłego ćwieka. Uśmiechnęła się do mnie serdecznie i wyciągnęła z ogromnego porcelanowego słoja garść herbaty, która wyglądała dokładnie tak, jak trzeba - jasnomętnozielone, płaskie listki o świeżym, orzeźwiającym aromacie.
Zdębiałam. Ja wiem, że istnieją yunnańskie Wiosny Malachitowego Ślimaka i inne tego typu podróbki, ale żeby podrabiać Smoczą Studnię? Zachowali przynajmniej tyle przyzwoitości, że nie zachowali nazwy, wymyślając nie mniej poetycką Powódź Klejnotów (宝洪), choć oczywiście tajemnicą poliszynela jest, że tak naprawdę to Powódź Klejnotów Smoczej Studni 宝洪龙井. Powiada się o niej, że pachnie na dziesięć li. Fakt - samym aromatem można się upić.
Produkuje się ją w gminie Yiliang niedaleko Kunmingu. Jest tam sobie góra, od której nazwę wzięła yunnańska Smocza Studnia - Góra Świątyni Powodzi Klejnotów (宝洪寺山). Wznosi się ona na 1800 metrów i to właśnie na jej zboczach, już w czasach dynastii Tang, pewien fujiański mnich zasadził tu herbaciane sadzonki. Dzięki wspaniałym warunkom klimatyczno-wszelkim innym, a przede wszystkim dzięki ponadtysiącletnim wysiłkom ludzi, opiekujących się herbacianymi krzewami, uzyskano wspaniałe, mięsiste, błyszczące szmaragdowo liście, z cudnymi baihao* na czele. Reklamuje się ją jak wszystkie herbaty: że ożywia ciało i umysł, odchudza, leczy raka, wewnętrzne gorąco i stany zapalne. E tam. Najważniejsze, jak pachnie i jak smakuje. A smakuje i pachnie wybornie. Powiadają, że "gdy się ją praży w domu, pachnie całe podwórze; gdy się ją praży na podwórzu, pachnie już na drodze; gdy jeden człowiek ją parzy, pachnie w całym domu". Tak! Wiem, bo kupiłam, choć jest okropicznie droga. Mało kupiłam, na spróbowanie. I żal mi, więc rzadko parzę. Ale jak już parzę - to cały dzień mam z głowy. Bo tę naszą Smoczą Studnię można zaparzać z piętnaście razy...
Nie zrażajcie się słomkowym kolorem naparu. Niby wygląda jak w zasadzie pozbawiona smaku woda. Z pierwszym niuchnięciem i pierwszym łykiem pewnie się jednak w tej "wodzie" zadurzycie na amen!
A na deser dwa wpisy z herbacianego blogu: o wiosce Smocza Studnia i herbacie, która z niej pochodzi, a także legenda związana z herbatą Smocza Studnia.


*Baihao 白毫 (białe włosy) to biały puszek, którym pokryte są od spodu najdelikatniejsze liście herbaty; w konsekwencji są tak nazywane te liście, które owym puszkiem są pokryte. Przy delikatnej obróbce puszek ten pozostaje na liściach i w wypadku herbat białych oraz bardzo dobrych herbat zielonych, jest doskonale widoczny również po zaparzeniu. W większości herbat zielonych pod wpływem ugniatania liści, puszek oddziela się od liścia; jeśli po zaparzeniu na powierzchni naparu unosi się warstewka włosków, trochę przypominająca kroplę białego oleju, znaczy to, że owa herbata została zrobiona z bardzo delikatnych, pokrytych takim puszkiem liści. Niestety, baihao często rozsypuje się w podróży bądź pod wpływem upływu czasu. W bardziej "pracochłonnych" herbatach, gdzie proces przetwarzania liścia jest bardziej skomplikowany, baihao w zasadzie się nie spotyka.

2014-09-11

2014-09-10

pałeczka 筷子

Nauczam angielskiego. Przysięgam, nie chciałam. Jakoś tak samo wychodzi. Ponieważ zdaję sobie sprawę z moich braków, staram się po prostu moich uczniów za bardzo nie skrzywdzić, jednocześnie oferując im możliwość poszerzenia słownictwa i przyzwyczajenia się do mówienia w języku obcym.
Ostatnio przy okazji prostej konstrukcji there is/there are umarłam ze śmiechu, pociągając za sobą uczniów. Uczennica rzekła bowiem "There is a chopstick in my kitchen", a ja w związku z ewidentną liczbą pojedynczą, wyobraziłam sobie kolację w ich domu: jedna pałeczka dla pięciorga, nabijamy jedzenie na pałeczkę, a po zjedzeniu kąska, podajemy pałeczkę dalej, zgodnie ze starszeństwem. Oczywiście podzieliłam się wizją z uczniami, w bardzo zresztą teatralny sposób, czym doprowadziłam ich do tarzania się po podłodze.
Tak to jest, jak się w głowie tłumaczy z chińskiego na angielski. W chińskim nie ma deklinacji, a liczbę mnogą najłatwiej wyrazić liczebnikiem. Na przykład człowiek to 人 i ludzie to też 人, a to czy jest to jedna osoba, czy wiele, uściśla się najczęściej po prostu podając ilość sztuk: 一个人 jedna sztuka człowieka albo 三个人 trzy sztuki człowieka. Nie inaczej jest z pałeczkami. Kuaizi 筷子 to określenie zbiorcze, ale tak rzadko występują pojedynczo, że jeśli prosi się kogoś o jedną pałeczkę, trzeba to wyraźnie zaznaczyć - 把一支筷子给我. Jeśli się po prostu powie 把筷子给我 (podaj mi kuaizi), w domyśle będzie chodzić o parę - oczywiście z gramatycznego punktu widzenia poprawniej by było powiedzieć ładnie "podaj mi parę pałeczek" 把一双筷子给我, ale mało kto sobie tym na co dzień głowę zawraca. Problem pojawia się, gdy trzeba nagle w języku obcym użyć liczby mnogiej: zmienić rzeczownik podstawowy dodając "s", zmienić formę czasownika.... Strasznie dużo z tym zachodu, prawda? A mimo to wszyscy uważają angielski za prosty, a chiński za trudny...

2014-09-09

Chengduńscy Mandżurowie 成都的满族

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak to Chińczycy są okropnie dumni z własnych podbojów, które nie były własne i z własnych dynastii, które jednoczyły kraj, a które nie były chińskie. Ot, taki Yunnan: został włączony do Chin przez Mongołów, którzy owe Chiny i parę innych miejsc podbili. W dodatku pierwszym gubernatorem podległego Chinom Yunnanu był muzułmanin. Ale o tym innym razem...
Taką samą dumą otaczają teraz Chińczycy Mandżurów, czyli kolejnych barbarzyńców z północy, którym udało się podbić Chiny. To pewnie dlatego współcześni Chińczycy taką atencją obdarzają Osiem Chorągwi - że tak wspaniale zorganizowane i w ogóle. To trochę tak, jakby Polacy chwalili się, bo ja wiem, wspaniałością wojska pruskiego...
Wracając do Mandżurów: podbili Chiny, a potem po pierwsze musieli tego ogromnego państwa pilnować - ludność lokalna nie poddała się im bez walki. Porozsyłano więc dawnych żołnierzy po chińskich miastach, by zwalczali rebelie i protesty w zarodku, a także dano im ziemię. Nie no, sami sobie rączek nie brudzili - byli w końcu elytą - ale odnajmowali ziemię chłopom i się bogacili, czas spędzając na hazardzie, łażeniu po burdelach i hodowli ptaków. A, no tak, przepraszam, jeszcze na tłumieniu rebelii.
Nie inaczej wyglądało życie Mandżurów, którzy w latach 1718-1721 osiedlili się w Chengdu. Poprosił o ich towarzystwo i pomoc w zdobyciu Qinghai ówczesny gubernator Syczuanu - Nian Gengyao. Zresztą nie tylko o Qinghai chodziło; Mandżurowie, w liczbie około 2000*, walczyli też z Dżungarami, Tybetańczykami i innymi tubylcami okołosyczuańskich terenów. W nagrodę otrzymali kawał ziemi w zachodniej części... chciałam napisać w zachodniej części Chengdu, ale wówczas to w zasadzie jeszcze nie była część miasta - raczej przedmieścia. Początkowo były to koszary; wkrótce powstało "Mandżatown": najpierw wybudowano mandżurskie domy, później do żołnierzy dołączyły ich rodziny. Koło domów wyrosły jak grzyby po deszczu knajpki. Chwilę później było to już prawie miasteczko - z nieregularnymi ulicami, budowanymi bez planu, według widzimisię mieszkańców: jedna szeroka, jedna wąska, jedna prosta, jedna krzywa. Tak właśnie powstały tzw. Uliczki Szerokowąskie 寬窄巷子 (przez Piekielną Fantazję i przeze mnie pieszczotliwie zwane chengduńską Pokątną), pierwszy stricte konsumencki dystrykt Chengdu. Po jakimś czasie Mandżurowie wrośli w krajobraz; poczuli się bardziej chengduńczykami niż ludnością napływową. Nic dziwnego, przecież mieszkali tam prawie dwieście lat, zanim z upadkiem cesarstwa zlikwidowano chorągwie. W dodatku, choć ich rolą teoretycznie było wspieranie militarne władz danego dystryktu, to po rozbiciu w pył iluś tam grup rebeliantów, po prostu nie mieli co ze sobą zrobić. Oczywiście poza hazardem, chlaniem i chodzeniem na dziwki...
Będąc w Chengdu, wybrałam się chętnie na Pokątną. Potem się wybrałam znowu. A gdy pojadę raz jeszcze do Chengdu - powtórzę ten wypad. Właściwie mogłabym tam zamieszkać. Niezliczone knajpki z lokalnym i nielokalnym żarciem przetykane barami, herbaciarniami, kawiarniami. Znalazło się miejsce i na sklep z pandami, i na księgarnię z bogatym wyborem książek o Syczuanie. Można połazić wśród ładnie, choć mocno nowocześnie zrekonstruowanych domów, przysiąść z dala od zgiełku, ciesząc się czarką herbaty, obejrzeć przedstawienie, poczytać książkę... Przede wszystkim można zaś nacieszyć się śladami historii: dziś w Chengdu nadal mieszka około 2000 Mandżurów; ci najstarsi znają jeszcze język i chętnie dają młodym Mandżurom darmowe lekcje języka i historii. Istnieją fora internetowe, przez które potomkowie dawnych elit szukają swych korzeni, starych mandżurskich nazwisk, ksiąg rodzinnych. Choć po Ośmiu Chorągwiach mało kto już pamięta, w Chengdu nadal można spotkać potomków dawnych mandżurskich żołnierzy, starających się odnaleźć i zachować szczątki dawnej kultury.
Gdy pierwszy raz dreptałam tymi uliczkami, o historii Ośmiu Chorągwi i o obecności Mandżurów w Chengdu miałam pojęcie dość kiepskie; dziś chodziłabym tamtędy, przed oczyma mając coś zupełnie innego niż beton, Starbucksa i tłumy turystów. Ale nawet wtedy Pokątna mnie urzekła - chińskim pokojem zatopionym w ścianie budynku, uchem od grabi, resztką siheyuanu, tymi wszystkimi drobiazgami, które wpłynęły na wyjątkowość miejsca. Za czasów mandżurskich do tego "małomiasteczka" 少城 w zasadzie nie wolno było wchodzić etnicznym Chińczykom - nawet najwyżsi rangą dostojnicy musieli się trzymać z daleka. Zasada zresztą działała w obie strony: żołnierzom również nie wolno było opuszczać mandżatown bez oficjalnego pozwolenia. Żadnego handelku, żadnej pracy zarobkowej - dostawali przecież cesarski żołd, odpowiednią ilość jedzenia itd. Uliczki nie były zakorkowane, bo przecież przemieszczała się po nich "szlachta" w lektykach bądź wierzchem, a nie pospólstwo. Z pospólstwa tylko drobni uliczni sprzedawcy, zaopatrujący dzielnicę we wszystkie niezbędne produkty, byli tolerowani. Na pamiątkę jeżdżących wierzchem Mandżurów, zostawiono w murach uchwyty do przywiązywania koni.
Zdziwić może mieszanka europeizmów z chińszczyzną. Cóż, taki chengduński styl - tutejsze hutongi zmieniły się w chengduńskie; tutejsza "architektura europejska" też wchłonęła chengduńskie budowlane nawyczki. Mamy więc pseudoeuropejskie portale, bo któryś z dawnych mieszkańców Pokątnej był w Europie i chciał to pokazać całemu światu, a obok mamy drzwi zaopiekowane przez bogów.
Straszna szkoda, że gdy z upadkiem cesarstwa rozpirzono Osiem Chorągwi na cztery wiatry, przy okazji zburzono prawie całe mandżatown. Ostało się ledwie kilka ulic - Szeroka, Wąska, Studzienna... Niechęć do cesarstwa przekładała się wprost na niechęć do Mandżurów. Początkowo przydatni żołnierze mnożyli się niepowstrzymanie; dla synów mandżurskich oficerów w zasadzie jedyną ścieżką kariery było pójście w ślady ojca. Z paru tysięcy obrońców regionu zrobiło się przez tych dwieście lat dwadzieścia tysięcy próżniaków, którzy żyli o żołdzie i próżniaczyli. Nie dość, że trzeba ich było utrzymywać, to jeszcze się szarogęsili. W tym świetle nie dziwią hasła, którymi się karmiła nienawiść do nich: wygnać Mandżurów! (驱除鞑虏; 排满). Na tle tego, co robiono z Mandżurami w innych regionach, Chengdu do pozbycia się ich i tak podeszło dość pokojowo. Odebrano im wprawdzie przywileje i musieli się wziąć do roboty; dostali na pocieszenie trzymiesięczne zapasy pożywienia, zorganizowano także "pomoc społeczną" dla byłych chorągwian. Mandżatown zostało otwarte dla Chińczyków, a Mandżurowie z konieczności musieli się w nich wmieszać. Bali się - po prostu się bali. Wielka była nienawiść Chińczyków do najeźdźców, którzy w dodatku się bawili na ich koszt; jedli ich ryż, pili ich alkohol sami nic nie robiąc. W tamtych czasach wielu Mandżurów zmieniło nazwiska na chińskie i ukrywało tożsamość. Niby Sun Yat-sen mówił o równości pięciu wielkich chińskich grup etnicznych, ale w praktyce wyglądało to różnie. Mandżurskiej szlachcie nie w smak było, że sprowadzono ich do roli zwykłych obywateli, w dodatku nie mających żadnych pożytecznych umiejętności. Mandżurskich chłopów wpieniało, że patrzy się na nich przez pryzmat żołnierzy - czyli jak na próżniaków. A przecież szybko się próżniacy nauczyli, by nie mówić, że są Mandżurami i zaczęli zarabiać na ryż ich powszedni. Z potomków żołnierzy zmienili się w rowerowych taksówkarzy, mięśniaków od przeprowadzek, sprzedawali herbatę, owoce czy papierosy. Wreszcie, po dwustu latach trwania w zawieszeniu, stali się chengduńczykami.
Na jednym z chengduńskich blogów (swoją drogą, warto tam zajrzeć dla zdjęć) znalazłam wspaniałe zdanie, mówiące o staronowych, współczesnodawnych Starowąskich uliczkach: Jest to nowa wizytówka starego Chengdu i jednocześnie stary salon nowego Chengdu. Tak, to właśnie o to chodzi: historia i nowoczesność na jednym talerzyku deserowym.


*łącznie żołnierzy chorągwianych było 3000, ale ponoć trzecia chorągiew była złożona z Mongołów. Trzeba jednak pamiętać, że później ich liczba znacznie wzrosła, niektóre źródła mówią o 20 tysiącach (!) Mandżurów w Chengdu.

2014-09-08

ranking ciasteczek księżycowych

Z okazji przypadającego dzisiaj Święta Środka Jesieni postanowiłam specjalnie dla Was przygotować ranking najlepszych (moim całkiem subiektywnym zdaniem) ciasteczek księżycowych. A nuż kiedyś będziecie mieli okazję spróbować? A wybór jest tak oszałamiająco wielki, że trzeba wiedzieć, czego się można spodziewać, prawda?
1) Ciasteczka "pięć ziaren" w kantońskim stylu 廣東式伍仁月餅 firmy Cesarska Klasyka 皇家經典
Nadzienie tradycyjnie powinno być zrobione z pięciu typów ziaren i orzechów, dość niedbale posiekanych - można wyczuć ich konsystencję i przyjemnie chrupią w zębach. Pochodzą z Kantonu, ale w każdym regionie wykonywane są wariacje na temat. Różni je przede wszystkim skład, bo w każdej prowincji inne ziarna i orzechy są uważane za najsmaczniejsze. Mogą to być orzechy laskowe, włoskie, fistaszki, migdały, słonecznik, pestki dyni, pestki arbuza, sezam itd. By osłodzić farsz, dodaje się na przykład kandyzowaną skórkę pomarańczową czy takąż beninkazę szorstką, a nawet zwykły "kamienny cukier". Wszystko łączy się maltozą. Pychotka!
2) Ciasteczka kwiatowo-szynkowe 鮮花雲腿月餅 firmy Złoty Kłos 金穗
Tak narzekałam na tę szynkę w ciastkach, tak się wyśmiewałam z Yunnańczyków łączących sól z cukrem i na co mi przyszło na starość? Ech, szkoda gadać... Dostaliśmy przepyszne ciasteczka łączące yunnańską szynkę, kwiaty róży (w środku ciasteczka widać całe płatki!) i kandyzowaną beninkazę. Oczywiście w cieście na smalcu. Matko, jakie to przepyszne! Obiecuję, już nigdy nie będę się naśmiewać z yunnańskich smaków...
3) Ciasteczka z różą 鮮花(玫瑰)月餅 firmy Pomyślność Pełna Bakalii 仁豐祥
Róża sama w sobie jest przepyszna i jest jednym z najwspanialszych nadzień do wszystkiego. Te ciasteczka mają w dodatku ciasto zbliżone do francuskiego. Róża we francuskim cieście? TAK!
4) Ciasteczka szynkowe 雲南火腿月餅 firmy Złoty Kłos 金穗
Skoro są pyszne nawet w wersji lekko słodkiej z kwiatami, to i wersja słonawa z samą szynką przypadła mi do gustu. Przede wszystkim dlatego, że takim nadzianym mięsem ciastkiem naprawdę można się najeść :)

2014-09-07

"Kompleks misienów" u kunmińczyków 昆明人的米線情結

Stary kunmiński smakosz Lao Gun 老棍 (Stara Pałka), napisał książkę o kunmińskich przekąskach. Tak, kunmińskich przekąsek jest tak dużo, że można o nich wydać książkę - nie artykulik czy dwa, a ponad sto stron tekstu ze zdjęciami.
Na pierwszy ogień poszły nasze ukochane kluski ryżowe - misieny.
Kompleks Edypa (czyli kompleks pożądania matki) to fenomen podświadomości wymyślony przez Freuda, często wspominany w psychoanalizie. Kunmińczyków "kompleks misienów", chociaż nie jest aż takim poważnym problemem, ale jednak pokazuje, że dla kunmińczyków misieny nie tylko są zwyczajowym pożywieniem i nałogiem, ale również wyrazem i obiektem głębokich uczuć.
Wcale nie przesadzając, stwierdzić można, że kunmińczycy rosną na ryżu, ale i na misienach. Śniadania, lunche i podkurki większości kunmińczyków jak rok długi obyć się nie mogą bez miski parujących misienów; w święta i weekendy całe rodziny wybierają misieny na swój "podstawowy posiłek"; odwiedzając groby czy piknikując z przyjaciółmi pod miastem, lubią wybrać kawałek ocienionej łączki, by spożyć misieny na zimno; gdy przybędzie przyjaciel z dalekich stron, największą grzecznością jest zaproszenie go na wysokiej klasy kluski przechodzące przez most - czyż nie jest to wielką radością?
Surowy ryż (生米) zmienia się w ugotowany (熟飯), z zewnątrz jednak pozostaje takim samym ziarnkiem, cokolwiek tylko spuchniętym i większym. Lata całe ziarenka, codziennie ziarenka, na każdy posiłek ziarenka, jedzone aż się kunmińczycy zniecierpliwili, pewnego dnia nagle zarządzając wielką rewolucję - wyciągnąć owe ziarnka w długie nitki - któż ośmieli się rzucać kalumnie, że kunmińczykom brak wyobraźni?
Ryż podczas posiłków musi czekać aż kilka dań i zupa pojawią się na stole, cała rodzina podług starszeństwa i ważności zasiada przy okrągłym stole, w dłoni miseczka ryżu, a potem chwytamy pałeczkami kąski mięsa i jarzyn, a w końcu ryż zalewamy zupą. Misieny są jak fastfood, bezproblemowe w spożyciu, mięso, warzywa, sos sojowy, chilli, glutaminian sodu, kiszonki i tym podobnie skonstruowane "czapeczki" lądują razem z zupą w jednej misce; każdy je swoje, higienicznie jak w zachodnich posiłkach podanych dla każdego na osobnych talerzach, prosto a bogato, zgodnie z upodobaniem i na luzie. Porównując je z północnymi daniami mącznymi typu bezsmakowe bułeczki na parze i buchty z nadzieniem - kunmińskie misieny można nazwać ucztą dla oczu, bogactwem smaku, rogiem obfitości: misieny wielkogarnkowe, małogarnkowe, kamionkowogarnkowe, w sosie, na zimno, smażone, przechodzące przez most... Misieny na zimno dzielą się na te w kwaśnej zupie, mieszane, z "kwiatem tofu", węgorzykami itd. Gorące misieny dzielą się na te z duszonym mięsem, kurczaczym mięsem, tofu z krwi, z wołowiną, wątróbką wieprzową, mięsnym sosem, "trzema świeżościami"... Misieny pozostają misienami, ale powyższa lista daje oczopląs bieli, zieleni, czerwieni, żółci i pomarańczy, a także wspaniałych pięć smaków: świeży, korzenny, słony, pikantny i kwaśny.
"Czapeczki" do misienów nie mają równych w swej obfitości, co ma źródło w świeżych jarzynach, jak rok długi rosnących na kunmińskich pagórkach; stąd misieny są "drzewem wiecznie zielonym" wśród kunmińskich przekąsek, ulubieńcem młodych i starych, biednych i bogatych. Setki typów misienów nigdy nie nudzą, są niewyczerpane - to pokazuje dobrze charakter kunmińczyków, ich wierność, lojalność i głupie oczarowanie naszymi misienami. Przyjezdni jedząc misieny, spożywają "produkt podróżny", nowinkę, ciekawostę. Kunmińczycy spożywając misieny, jedzą z przywiązaniem, wiernością "póki śmierć nas nie rozłączy"; im więcej ich jedzą, tym bardziej im smakują, im więcej ich jedzą, tym bardziej je kochają, bo jedzą w ten sposób aromatyczny ryż kunmińskich pagórków, ketmię zmienną dziewięciu lat i wierzbę trzech wiosen*, jedzą sentyment do stron rodzinnych, ich charakter i ducha.
Czasem w mej głowie powstaje absurdalna myśl: ciekawe, co by się stało, gdyby jutro wprowadzono zakaz spożywania misienów? Ileż kunmińczyków snułoby się w żałobie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, nie mogąc zaspokoić swego głodu, swego uzależnienia, nie mogąc spać w nocy. Czyż nie mogąc znieść tej męczarni nie wylegliby w końcu tłumnie na ulice, wznosząc gromki protest: "oddajcie mi moje misieny", "lepsza śmierć niż brak misienów"...
Choć taka idea to kompletny nonsens, ale jednak poniewiera wielu kunmińczyków, przebywających z dala od stron rodzinnych (zwłaszcza kobiet). Kunmińska pisarka Zhang Manling**, gdy pod koniec lat '70 studiowała na Uniwersytecie Pekińskim, słała do mnie listy. Za każdym razem, gdy wspomniała misieny, nie mogła się powstrzymać przed opisaniem ich smaku i zapachu, zupełnie, jakby mogła się tym opisem najeść. Ja sam, gdy studiowałem w Francji, pojechałem raz do miasteczka Dourdain w odwiedziny do kunminki Tang Lejing, ta zaś rzekła z żałością: "Wyszłam za mąż, osiadłam w Dourdain i jestem tu jedyną Chinką; naprawdę chciałabym zabawić się w swatkę i sprowadzić tu kunmińskie wdowy, by powychodziły za dourdaińskich wdowców; w każdy weekend, gdy francuscy mężczyźni idą do kawiarni, umawiałabym się z kunminkami na piknik z misienami na zimno...". W jej podświadomości nie mogło zabraknąć "kompleksu misienów". W Paryżu spotkałem córkę kunmińskiego fotografa ze starszego pokolenia Du Furonga - Du Ping. Zgodnie z poniższym porządkiem poinformowała mnie ona o tęsknocie za rodzinnymi stronami: "tęsknię za mamą, tęsknię za małogarnkowymi misienami z ich świeżym siekanym mięsem, wraz z pędami groszku, kiszonką i chilli z oleju, tęsknię za ciepłym słońcem Kunmingu, leniwymi dniami...".
Zanim wyjechałem z kraju, podejmowałem w Kunmingu przybyłego z Paryża syna chińskich emigrantów, pana Li Hua. Kunmińskie misieny wywarły na nim bardzo pozytywne wrażenie, przy pożegnaniu zaś rzekł: "W Paryżu też są misieny, gdy przyjedziesz w przyszłym roku, zabiorę Cię na nie". Kolejnego roku pojechałem do Paryża; choć kunmińscy mężczyźni nie pałają do misienów aż tak gorącą namiętnością, to po miesiącu spożywania nijakiej strawy, mieszanki Zachodu ze Wschodem, pewnego dnia zapragnąłem zjeść misieny. Nie było to zwykłe, powierzchowne pragnienie; jama ustna w zmowie z przewodem pokarmowym wołały o misieny; znalazłem więc pana Li Hua, by udowodnił, że "w Paryżu też są misieny". Gdy podekscytowani dotarliśmy do chińskiej dzielnicy, w życiu bym nie pomyślał, że ujrzę przed sobą biedną miskę wietnamskich klusek ryżowych (越南粉条)***!...
W owej chwili w sercu miałem jedynie rozczarowanie i żałość, czułem się wystawiony do wiatru i oszukany. To zupełnie jakbyś z oczyma pełnymi łez szedł na spotkanie ziomka, a w efekcie spotykasz pochodzącego wprawdzie z Azji, ale mówiącego mieszanką wietnamsko-kańtońsko-francuską dziwaka, w dodatku z pełnym przekonaniem mówiącego ci, że urodził się w Wietnamie, a dorastał we Francji, ale jego ojciec podobno w dzieciństwie mieszkał w Kantonie, a on ze swoim ojcem pojechał raz do Kunmingu...
Po ogromnym rozczarowaniu nastąpiły te dni, w których, zgodnie z ludzką naturą, najbardziej pragnąłem tego, czego dostać nie mogłem. Ja, prawdziwy mężczyzna, poddałem się słabości i zmartwieniu, zacząłem całym sercem tęsknić za misienami z rodzinnych stron.
[乡土乡情的昆明小吃, 老棍 - Lokalne przekąski Kunmingu, Stara Pałka]

Miłość kunmińczyków do misienów faktycznie jest taka głęboka, a smak wietnamskich klusek ryżowych faktycznie różni się od tych naszych. Ja sama do tego stopnia się zkunmińszczyłam, że w Polsce tęsknię za misienami...
Chciałam jeszcze zwrócić Waszą uwagę na opis zwykłego posiłku z ryżem - jak to najpierw na stół wjeżdżają dania i zupy, a dopiero potem ryż - to faktycznie tak wygląda; moim rodzicom bardzo ciężko było się przestawić z wersji: mięso plus ryż plus warzywa na wersję mięso, warzywa, zupy, długo długo nic, a potem dopiero ryż. Zawsze po knajpach błagałam kelnerów, żeby przynieśli najpierw ryż; oni jednak nie słuchali. W głowie pomieścić się im nie mogło, że ktoś mógłby chcieć zacząć od ryżu. Przecież oczywiste jest, że najpierw próbujemy wszystkich potraw, a potem ewentualnie dopychamy się ryżem...
Druga rzecz to ta o samym sposobie jedzenia: miseczka z ryżem do łapki (wcale niekoniecznie grzecznie na stole), a w drugiej ręce pałeczki, którymi chwytamy kawałeczki mięs czy warzyw; na samym końcu zaś zalewamy ryż zupą i dojadamy do czysta. To jest ta część chińskiej etykiety, o której większość białych, nawet mieszkających w Chinach od dawna, nie ma pojęcia. Z wygody czy też dlatego, że kiepsko władają pałeczkami, nakładają sobie do miseczki mięsa czy jarzyn "z górką", czasami robiąc to nawet wielką łyżką! Ci odrobinę lepiej wychowani najpierw próbują z każdego półmiska odrobinę, a dopiero potem się przysysają do czegoś, co w ich opinii jest najsmaczniejsze. Zazwyczaj w ogóle nie zwracają uwagi na to, że innym też może to danie smakować i nie powinni się przypinać do jednego półmiska, a raczej jeść po odrobinie ze wszystkiego. Jeśli na półmisku jest sześć pierożków, a ludzi przy stole jest więcej niż troje, po drugiego pierożka powinieneś sięgnąć dopiero wtedy, kiedy masz pewność, że inni już spróbowali i niekoniecznie mają ochotę na te nadwyżkowe; nawet jeśli kochasz wieprzowinę w sosie słodko-kwaśnym, zawsze na raz bierzesz jeden jej kawałek, na drugi czekając do ponownego obrotu stołu. Pofolgować sobie można dopiero wtedy, kiedy już wszyscy już są najedzeni i nie ma obawy, że wyżerasz komuś coś, czego jeszcze nie spróbował, albo na co jeszcze ma ochotę. To, że kiepsko sobie radzimy pałeczkami, albo że przecież to mi najbardziej smakuje, więc będę jadł tylko to danie - naprawdę nie jest dobrym wytłumaczeniem dla własnej żarłoczności i egoizmu...
Bardzo lubię tę książkę; polecam ją serdecznie każdej osobie tak jak ja zakochanej w kunmińskim żarciu :)

*to fragment najdłuższego duilianu z Budynku Wielkiego Widoku: 四围香稻,万顷晴沙,九夏芙蓉,三春杨柳 ryż pachnący na wszystkie strony, ogromna przestrzeń czystego piasku, dziewięć lat ketmii zmiennej i trzy wiosny wierzb. Choć dość powszechnie uważa się te wersy za zachętę do podróżowania i podziwiania pięknych widoków, dla każdego prawdziwego kunmińczyka jest to przede wszystkim opis Kunmingu, najpiękniejszego miasta świata :)
**Urodzona w 1948 roku pisarka, scenarzystka i dziennikarka, pochodząca z Kunmingu. Studia skończyła na Uniwersytecie Pekińskim, a po otwarciu Chin na świat wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie była pierwszą Chinką z tzw. "Nowych Chin", która pisała dla dla Time
***w językach europejskich makarony ryżowe to po prostu makarony ryżowe; po chińsku różne typy klusek ryżowych różnią się nazwami tak jak, powiedzmy, makaron spaghetti od makaronu tagliatelle, czy, z polskiego podwórka, wstążki od łazanek. W tym konkretnym przykładzie mamy więc "misieny" i "fentiao".

2014-09-06

米線 Ryżowe nitki - misieny

Czyli kluski ryżowe, makaron ryżowy, misieny - jak kto woli. Dla mnie są misienami, oczywiście, bo po pierwsze makaron ryżowy to pojęcie zbyt szerokie. To prawie tak, jakby makaron do spaghetti umieścić w jednym worku z lanym ciastem, bo i to z mąki pszennej i jajek, i to... Nawet w anglojęzycznej wikipedii wymienionych jest ładnych parę rodzajów makaronu ryżowego; dlatego dzisiejszy wpis zawężę tylko do misienów, czyli tradycyjnych klusek ryżowych z Yunnanu.
Misieny są długaśne, walcowate, śnieżnobiałe. Mogą być grube jak spaghetti po ugotowaniu albo cienkie jak spaghetti na surowo. Można je jeść na ciepło i na zimno, gotowane i smażone, przyprawione ostro bądź delikatnie. Łatwo je przygotować - bo ciężko im zrobić krzywdę, są prawie nierozgotowywalne. Dla kunmińczyków są podstawowym śniadaniem i ulubionym zapełniaczem żołądków, ważniejszym nawet od samego ryżu. Są lekkostrawne, więc kunmińczycy chętnie je spożywają, gdy są na diecie. Sprzedaje się je na każdym targu; można je zjeść w setkach odsłon w milionie knajpek yunnańskich.
Do dziś istnieją w Yunnanie dwa podstawowe sposoby robienia misienów. Pierwszy polega na pozostawieniu ryżu, by sfermentował, a potem zmiażdżenie go i z takiego "ciasta" sporządzenie klusek - to są tak zwane "kwaśnoskrobiowe" misiany (酸漿米線).
Drugi sposób polega na tym, że świeży ryż jest maszynowo miażdżony, a lepi się dzięki temperaturze uzyskanej w trakcie miażdżenia - to są tak zwane "suchoskrobiowe" misiany (乾漿米線). Tylko te mogą być sprzedawane na sucho - można je bowiem ususzyć na słońcu. Są one wygodniejsze, bo można je przechowywać, ale smakiem ustępują tym fermentowanym. Tak czy inaczej - by to były prawdziwe misieny, a nie ich nędzne namiastki, muszą być w 100% wykonane z ryżu. Jakikolwiek dodatek skrobi batatowej czy ziemniaczanej dyskwalifikuje je z bycia misienami - choć nadal podpadają pod wspólną nazwę "kluski ryżowe" czy "makaron ryżowy". Choć zewnętrznie niewiele będą się różnić, pierwszy kęs powie nam wszystko: prawdziwe misieny są śliskie i sprężyste, a te z dodatkami - ciastowate i klejące. Dlatego też, choć w wielu miastach chińskich, ba, w wielu miejscach na całym świecie można dostać rozmaite kluski ryżowe, bodaj tylko w Yunnanie zjemy prawdziwe misieny...
Uwielbiam je. A jednak w domu przyrządzam je stosunkowo rzadko. Dlaczego? Najsmaczniejsze są świeże kwaśnoskrobiowe. Można je kupić wszędzie - i natychmiast spożyć. Jeśli się je wyłoży na bambusowy koszyczek i przykryje wilgotną ścierką - zniosą jeden dzień przechowywania. Jeśli nie masz odpowiedniego bambusowego koszyczka i chciałbyś je włożyć do lodówki - zapomnij! Po wyjęciu będą niesmaczne. Obrzydliwe wręcz. Wiem, bo próbowałam. Dlatego gdy przychodzi ochota na misieny, udaję się do jednej z setek knajp - będą smaczne i tanie, a ja uniknę kłopotu. Czasami jednak kaprys sprawia, że przynoszę dwie porcje misienów na kolację. Jest to najwygodniejsza kolacja świata, m.in. dlatego, że można je zagotować i do gotujących się kluch dodać co się nam żywnie podoba - mięsko, warzywa, zioła, przyprawy. Ta "zupa" będzie w smaku jeszcze lepsza, niż same kluski...
Jak już mówiłam, Yunnan misienami stoi. Typów jest za dużo, żeby wymieniać, ale jest parę, których warto spróbować podczas pobytu w Yunnanie, bo są charakterystycznymi tutejszymi przekąskami.
1) Kluski przechodzące przez most 過橋米線
Pochodzące z Mengzi w województwie Honghe, na stałe wrosły w yunnański krajobraz. W samym Kunmingu jest z dziesięć sieciówek, sprzedających wyłącznie ten typ misienów, o setkach pomniejszych knajpek nie wspominając. Pisałam już o nich :)
2) Kluski małogarnkowe 小鍋米線
Pomysł narodził się w Yuxi, a do Kunmingu przywiózł je w latach '20 XX wieku Di Yong'an 翟永安, osierocony chłopak, który uwielbiał gotować. Wieść gminna niesie, że terminował w jednej z najwcześniejszych i najsłynniejszych kunmińskich misienowych sieciówek przy ulicy Duan Shi 端士街. Do dziś istnieją miejsca, które powołują się na ciągłość tradycji - choć sama ulica już dawno zniknęła z powierzchni ziemi. Faktem jest, że do dziś na smażone erkuaje to tylko do Duan Shi...
Małogarnkowość klusek polega właśnie na wygodzie, o której mówiłam - można do jednego garnuszka wrzucić misieny razem z mięskiem, warzywami i przyprawami - zupa na wodzie z misienów jest zawiesista i pyszna!
3) kluski z jelitami i krwią 腸旺米線
Specjalność południowo-wschodniego Yunnanu. Najlepsze, jakie jadłam, znalazłam w Zbudowanej Wodzie, w której ludzie nadal chętnie jedzą obrzydlistwa w stylu jelit i kostek krwi wieprzowej.
4) kluski z "kwiatem tofu" 豆花米線
Po pierwsze: co to jest kwiat tofu? Jest to tofu tak miękkie, że łatwiej je jeść łyżeczką, niż pałeczkami; konsystencja przypomina ni galaretkę, ni budyń. Takie tofu dodajemy do zblanszowanych misienów i doprawiamy rozdrobnionymi fistaszkami, sosem sojowym, cebulką zieloną i przyprawami. Niebo w gębie!
5) kluski na zimno 涼米線
W tej wersji też są przepyszne. Zazwyczaj doprawia się je słodkim sosem sojowym, paseczkami obgotowanego kurczaka i pokrojonych w słupki warzyw. Pychota!
6) kluski w sosie 滷米線
Najprostsza potrawa misienowa: wystarczy kluski ugotować, a potem dodać sos. Sos zwyczajowo składa się z sosu sojowego, drobno posiekanej zieleniny i przypraw typu chilli czy pieprz syczuański.

Widzicie więc, że nawet tych najprostszych typów misienów jest dużo. Do tego dochodzą różnice regionalne i nowe pomysły Yunnańczyków. Misieny rządzą Yunnanem! Dlatego też w Yuxi odbywa się co roku około miesiąc po Chińskim Nowym Roku Święto Misienów. Tradycja sięga schyłku dynastii Qing, kiedy to właściciele ziemscy organizowali wyżerkę dla ludu; dziś jest to po prostu rzecz współorganizowana przez miasto a podobna naszym festiwalom pierogów itp.
Pamiętajcie: przyjazd do Yunnanu bez spróbowania misienów się w ogóle nie liczy...

2014-09-05

coraz bliżej!

P: po czym można w Chinach poznać, że zbliża się Święto Środka Jesieni?
O: po reklamach ciasteczek księżycowych w autobusach:
Pierwszy komplet ciasteczek księżycowych dostaliśmy już 24 sierpnia, więc wiecie...

2014-09-04

Mój kraj idealny

Dzisiejszy post powstał dla Klubu Polki na Obczyźnie. Chodzi o to, by podać pięć rzeczy, które chciałoby się wyeksportować z kraju zamieszkania do ojczyzny, a także pięć rzeczy, które chciałoby się zaimportować z Polski.
Po pierwsze: wbrew pozorom wcale nie jest łatwo ograniczyć liczbę do pięciu. I w Chinach, i w Polsce jest cała masa rzeczy pięknych, wartościowych, ciekawych. Do stworzenia utopii trzeba by było jednak zmienić więcej niż pięć rzeczy, a dodatkowo jeszcze wykorzystać wzory z innych krajów...
Co chciałabym, żeby dotknięte magiczną różdżką przeniosło się do Polski?
1. Krzepcy i dziarscy, wysportowani emeryci.
Mój osiemdziesięcioletni świekr dwie-trzy godziny dziennie ćwiczy i się rozciąga, niewiele młodsza świekra tańczy tańce ludowe. Rankami emeryci ćwiczą taichi, wieczorem tańczą do hitów puszczanych z tranzystorów. Chodzą, ćwiczą, tańczą, jeżdżą na rowerach. Młode pokolenie jest zmacdonaldyzowane i otyłe, ale ludzie starsi odżywiają się racjonalnie i dużo się ruszają - dzięki temu są zdrowi, samodzielni i weseli. Chciałabym, żeby nauczyli się tego również polscy emeryci.
2. Wyobraźnia kulinarna.
Nigdzie dotąd nie spotkałam się z krajem, w którym jedno warzywo/mięso/danie przygotowuje się na tyle różnych sposobów. Nawet purree ziemniaczane przygotowują na więcej sposobów niż Polacy. Wariacji na temat rosołu, który w Polsce jest niezmienną klasyką, tutaj widziałam już z kilkanaście. Do tego trzeba dodać całą masę dań, które w Polsce można byłoby wykonać, ale brak składników. Już mniejsza o te, do których składniki faktycznie są zbyt egzotyczne i po prostu w naszym kraju nie występują. Dla mnie najbardziej niesamowite jest jednak to, że istnieją rośliny czy zwierzęta, które w Polsce również występują, a nie jada się ich "bo nie". Na którym polskim targu kupicie złocień, który jest pyszny w sałatce? Na którym tasznik do zupy? Na którym grzyby lakówki, pospolite w Polsce, ale niejadane, bo podobno niesmaczne (nieprawda!)? Na którym świeżą koźlinę czy właśnie oporządzone żółwie? Targi i sklepy są nieprawdopodobnie bogato zaopatrzone w świeże produkty; obojętnie, czy jesteś mięsożerny, czy ciągnie cię do wegetarianizmu - na pewno znajdziesz coś dla siebie. Żadna dieta nie będzie wysiłkiem logistycznym i nie sprawi, że zbankrutujesz. Muszę przyznać, że po powrocie do Polski patrzę na targowiska z lekkim politowaniem...
3. System opłat w autobusach.
W mieście, które stało się moim domem, najwygodniejszym środkiem transportu jest rower/skuter - tylko jednoślady nie stoją w korkach. Ach, no i autobusy. One też nie stoją w korkach, ponieważ większość dużych ulic ma również specjalne pasy dla autobusów. Wchodzi się zawsze przednimi drzwiami, wychodzi tylnymi. Przy kierowcy znajduje się czytnik kart miejskich oraz skarbonka. Większość mieszkańców posiada karty miejskie, które oczywiście są najwygodniejszą metodą uiszczenia opłaty, ale jeśli ktoś nie wziął karty z domu, może uiścić opłatę wprost do skarbonki. Jedynym mankamentem skarbonki jest to, że nie wydaje ona reszty, trzeba więc mieć zawsze przygotowanych trochę drobnych. W ten prosty sposób nie marnuje się drzew i niczego innego na produkcję nikomu niepotrzebnych biletów. Znikają również koszta związane z utrzymaniem rzeszy kanarów, pilnujących kasowania biletów. Po prostu: wchodząc musisz zapłacić. Jeśli próbujesz się przemknąć niezauważony, nakrzyczy na Ciebie kierowca. Jeśli będziesz udawał, że Ciebie to nie dotyczy i wzbraniał przed uiszczeniem, kierowca wezwie straż miejską. Zanim jednak straż miejska się pojawi, współpasażerowie Cię zmuszą do zapłaty za przejazd - kierowca bowiem nie ruszy, dopóki wszyscy nie zapłacą, a wszystkim się przecież spieszy. Najlepsza jest jednak cena za przejazd - w zależności od tego, czy autobus jest klimatyzowany, czy nie, wynosi ona 1 bądź 2 yuany, czyli 50 groszy albo złotóweczkę.
Przy każdym powrocie do Polski serio rozważam przemieszczanie się tylko na piechotę - bo ceny biletów w Polsce są zatrważające...
4. Herbata
W Polsce dobra herbata jest nie do kupienia albo nieprawdopodobnie droga; to, co jest do dostania w sklepach to zwykły syf z podłogi, a to, co w herbaciarniach - zazwyczaj jest niewiele lepsze. Oczywiście, zdarzają się chlubne wyjątki, ale generalnie Polacy się na herbacie po prostu nie znają - więc dają sobie wcisnąć byle co. Dlatego przy każdym powrocie do Polski nasz bagaż jest wypchany herbacianymi prezentami dla wszystkich Krewnych-I-Znajomych-Królika.
5. Badminton
Jest to sport narodowy Chińczyków. Grają wszyscy: emeryci plastykowymi lotkami i miernymi rakietami w parkach i na podwórkach, dzieci na boiskach, zwykli zjadacze ryżu na kortach badmintonowych, lotkami zrobionymi faktycznie z piór. Mnie się dawniej ten sport kojarzył tylko z zabawą "na zielonej trawce". Nie wiedziałam, że wymaga lepszego refleksu i większej szybkości niż tenis czy ping-pong. Nigdy nie narzekałam na własne wysportowanie - zawsze sporty różne lubiłam; uwielbiałam tenis, a w pingponga mogłabym grać całymi dniami. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że badminton jest bardziej męczący i wymagający niż inne moje ukochane sporty; po godzinie gry czuję się jak wyżęta ścierka, ale jestem zachwycona. W stosunku do tenisa jest to sport zdecydowanie mniej urazowy, a na sylwetkę wpływa lepiej niż ping-pong. Szkoda straszna, że w Polsce kortów badmintonowych jest tak niewiele i są tak drogie. My za godzinę badmintona płacimy, w zależności od miejsca 25-45 yuanów (12-22 złote), a w Polsce jest to dwa razy droższe.
Co natomiast chciałabym przenieść z Polski do Chin?
1. Życie muzyczne
Mieszkam w mieście większym od Warszawy. Działa tu orkiestra symfoniczna, istnieją zespoły muzyczne. Orkiestra nie potrafi zagrać czysto nawet Ody do Radości, a dobre zespoły szybko stąd wyjeżdżają. Bo tutaj nie ma życia muzycznego. Och, zdarzają się koncerty przyjezdnych muzyków, ale... Oddałabym wszystko na świecie, żeby tu było tak, jak w Krakowie. Setki knajpek z jam session do rana, chóry, porządna filharmonia, niezła opera, rockoteki w Rotundzie i potańcówki latynoamerykańskie w Szarej. Festiwale jazzowe, muzyka żydowska, zespoły folkowe - dla każdego coś miłego.
Przyjechałam do dużego miasta, ale w skali Chin - do mocno prowincjonalnej mieścinki. I niestety jest tu pustynia muzyczna...
2. Kulinaria
Przy całym moim uwielbieniu dla kuchni chińskiej mam też swoje drobne kulinarne tęsknoty. Najlepsze pieczywo, jakie można tu dostać to bagietki z Carrefoura. Najlepsza wędlina - robione na polską modłę kiełbasy z Harbinu, gorsze wszakże od naszej zwykłej kiełbachy. Są setki ciastkarni, ale wszystkie wypieki smakują jak papier albo słodki płyn do mycia naczyń. Całe szczęście udało mi się kupić piekarnik. Odkąd sama piekę ciasta, ciasteczka, pizzę i pieczywo - łatwiej znoszę rozłąkę z europejską kuchnią. Tym niemniej - czasem mi się marzą europejskie pyszności, których tutaj - jak na lekarstwo...
3. System edukacji
Nie to, żeby polski mi się podobał. Ale przedszkolaki śpiewające o wspaniałości Mao plus podstawówkowicze, którzy dopiero o północy są w stanie dokończyć odrabianie idiotycznych, mechanicznych zadań domowych... Współczuję chińskim dzieciom. Męczą się zupełnie niepotrzebnie - bo kończąc szkołę i tak nic nie potrafią, a dostanie dobrej pracy zależy głównie od znajomości rodziców.
4. Kontrola bezpieczeństwa
Oto główny mój strach. Nikt tu nie sprawdza stężenia szkodliwych substancji w produktach spożywczych czy w glebie, a nawet jak sprawdza - i tak nic z tym nie robi. Chłopi nie jedzą owoców z tych drzew, z których owoce idą na sprzedaż. Przy domu hodują na własne potrzeby kurczaki bez wstrzykiwania hormonów, drzewka owocowe bez hektolitrów chemikaliów. Wiedzą, że szkodzą innym. Tak długo, jak długo sami nie muszą jeść kupnego pokarmu, tak długo się tym w ogóle nie przejmują. Mój mąż powtarza, że Chińczycy kiedyś samych siebie wykończą właśnie w taki sposób. Oj, przydałoby się tu trochę zachodnioeuropejskich porządków! Nie żebym wierzyła, że zachodnia żywność jest w 100% zdrowa i bezpieczna, ale chińskim normom ufam jeszcze mniej.
5. Wszyscy, których kocham
Przyjaciele i rodzina. Chętnie bym ich tu importowała. Zdecydowałam, że Kunming będzie moim domem. Mam tu Pana i Władcę, wspaniałych Świekrów, nową Rodzinę, która przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Mam tu znajomych, z którymi czas płynie przyjemnie; mam kilkoro przyjaciół, którzy bardzo mi pomogli. A przecież każde odwiedziny, każdy list, pocztówka, każda rozmowa przez skajpa czy mejl są na wagę złota. Wyjeżdżając na drugi koniec świata nie mogłam niestety zabrać z sobą ludzi, których kocham. I tak naprawdę to jest jedyne, co uczyniło moją decyzję trudną.