blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-12-31

pole snu 梦田

每個人心裡一畝一畝田,
W każdym człowieczym sercu jedna morga ziemi
每個人心裡一個一個夢;
W każdym człowieczym sercu jeden, jeden sen
一顆呀一顆種子,
jedno ach jedno ziarnko
是我心裡的一畝田。
to morga ziemi mojego serca.

用它來種什麼?
co na niej posadzić?
用它來種什麼?
co na niej posadzić?
種桃種李種春風。
brzoskwinię, śliwę, wiosenny wiatr.

用它來種什麼?
co na niej posadzić?
用它來種什麼?
co na niej posadzić?
種桃種李種春風,
brzoskwinię, śliwę, wiosenny wiatr
開盡梨花春又來。
Gdy rozkwitną grusze, przyjdzie wiatr.
那是我心裡一畝一畝田,
To morga ziemi mojego serca
那是我心裡一個不醒的夢。
To mojego serca sen bez przebudzenia.

Słowa mojej ukochanej pisarki Trzydzieści Groszy (三毛), w wykonaniu Pan Yueyun - Przekraczającej Chmury (潘越雲) i Qi Yu - Beztroskiej (齊豫). Dobrze, że właśnie panie o takich imionach wyśpiewały tę pieśń...
Wszystkim Czytelnikom życzę wielu snów w sercu i wiosennego wiatru w żaglach :)

2013-12-30

tu jest mięso!

Za dawnych czasów, gdy jeszcze pracowałam w szkole, były takie dwa dni w tygodniu, kiedy pracowałam poza Kunmingiem, w Anningu. Chociaż łącznie uczyłam tylko cztery godziny dziennie, były one rozbite na rano i popołudnie, więc spędzałam tam cały dzień, wraz z czterogodzinną przymusową przerwą między zajęciami. Oczywiście, przedszkole miało obowiązek nas nakarmić – w przerwie schodziłyśmy więc do kuchni, gdzie kucharki pakują do misek po odrobinie wszystkiego, łącznie z zupą. Zazwyczaj był to kawałek mięsa i jedno lub dwa warzywa plus ryż. Smak nie jest może porywający – dania jednogarnkowe nie są najlepszym polem do popisu dla kucharza – ale za to bardzo często miałam okazję spróbować potraw, których bym pewnie w knajpie nigdy nie zamówiła, bo nawet bym nie wiedziała, jak się nazywają. Za każdym razem, gdy miałam w misce nowość, prosiłam tubylki, by mi wytłumaczyły, co to za dziwo. Jeśli mi smakowało, zmuszałam ZB, żeby zaczął przyrządzać to-to w domu, jeśli nie – zabraniałam mu kupowania takiego paskudztwa.
Do rzeczy.
Razu pewnego przyjechała ze mną druga nauczycielka, lekko szurnięte dziewczę, bodaj ze Szwecji, które zaraz na wstępie oświadczyło, że nie lubi chińskiej kuchni, a poza tym to jest wegetarianką i w ogóle ęą. Wyjaśniłam kucharkom, że jedna z miseczek musi być pozbawiona mięsa. Panie pokiwały głowami, przyjęły, załatwione.
Południe. Przynosimy nasze miseczki, spokojnie sobie jem, gdy nagle słyszę pełne przerażenia okrzyki: „Tłuszcz! Tutaj jest tłuszcz! Zwierzęcy!”.
Z dramatycznym gestem dziewczę wyciąga przed siebie pałeczki z galaretowatym paskudztwem, które faktycznie wygląda lekko mięsnie.
Szukam w swojej miseczce, zjadam pierwszy kęs i... wybucham śmiechem. Uspokajam dziewczę, że to nie mięso. Nie jest przekonana i pyta, co niby, jeśli nie mięso. Nie pamiętam, jak się ta bulwocebula nazywa po angielsku, więc przeszukuję ciocię wiki. Jest.
Dziewczę lekko pobladło, gdy przeczytało, że wprawdzie nie je mięsa, ale za to potrawa jest wykonana z mączki z dziwidła, które po angielsku wabi się „diablim językiem” (devil's tongue), a które uchodzi za trujące...
Historia przypomniała mi się, gdy na hubejskim targowisku zobaczyłam „tofu z dziwidła”, a Polacy obok pytali, czy to nie krew – bo jest ciemnego koloru i podobnej konsystencji... A o samym tofu z dziwidła jeszcze napiszę. Obiecuję :)

2013-12-29

romantycznie

Zimny poranek, ciepłe łóżko, z kochającym mężem u boku - czegóż więcej można chcieć od życia?
Pytam głosem słodkim jak syrop klonowy: a dlaczego mnie kochasz?
Rzadko mi się zdarza pożądać przesłodzenia, ale czasem jednak lubię usłyszeć coś miłego. Czekam w skupieniu.
ZB odpowiada: bo widzisz, jesteśmy szczęśliwi ze sobą nawet gdy pierdzimy i bekamy...
Gdy już otrząsnęłam się z obrzydzenia, mówię, może cokolwiek mniej słodko, że jakkolwiek te aspekty życia są ważne i naturalne, miałam nadzieję na coś bardziej romantycznego.
ZB zastanawia się, zastanawia... Mówi: bo widzisz, znasz mnie najlepiej na świecie, znasz mnie tak dobrze, że czasem odpowiadasz na pytanie, zanim je zadam. Znasz mnie tak dobrze, że czuję się, jakbyś była tasiemcem wewnątrz moich trzewi...
Rozpłakałam się ze śmiechu, a gdy mi wrócił głos, wykrztusiłam: jestem pierdzącym i bekającym tasiemcem i za to mnie kochasz?
Tja, romantyzmu mi się zachciało...

2013-12-28

炒洋芋絲 smażony jedwab z ziemniaków

Yunnan to pyroland. Jada się tu ziemniaki przyrządzone na wiele różnych sposobów. Ba, w normalnych yunnańskich knajpach można bez problemu dostać purée ziemniaczane - fakt, inaczej doprawione, ale takie... nasze!
My też lubimy kartofle. A odkąd mam tarkę, pozostawioną przez jedną z koleżanek, która już Yunnan opuściła, poniższa potrawa często gości na moim stole.
Składniki:
*duży ziemniak albo kilka małych
*dodatki - na przykład papryka pokrojona w paseczki. Zresztą cokolwiek w paseczki, byle było innego niż ziemniaki koloru.
*imbir w paseczkach
*przyprawy: od soli i pieprzu po pieprz syczuański i chilli, wedle upodobania
Wykonanie:
1) z ziemniaków zrobić jedwab. Czyli albo zetrzeć na tarce o grubych oczkach, albo pokroić tasakiem w cieniusieńkie jak jedwab paseczki. Ja, gdybym próbowała w sposób tradycyjny pokroić ziemniaki tasakiem, skończyłabym zapewne bez palców, oka i połowy lewej stopy, więc wybieram nietradycyjny sposób.
2) wypłukać ziemniaki z krochmalu i osuszyć. W trakcie, gdy schną kartofle, można przygotować dodatki - u mnie najczęściej jest to papryka bądź ogórek w paseczkach plus, oczywiście, imbir.
3) na rozgrzany tłuszcz wrzucić imbir; gdy zapachnie, dorzucić ziemniaki i smażyć, cały czas mieszając, aż będą al dente.
4) wówczas dodać dodatki i przyprawy, przesmażyć je razem i już można wyłożyć na półmisek.

2013-12-27

chińskie dzwony 編鐘

Dawno temu, w odległej galaktyce, uczęszczałam do szkoły muzycznej. Nie był to przybytek miły mojemu sercu, choć muszę powiedzieć, że mimo wszystko sporo się tam jednak nauczyłam. Zupełnie jednak nie przypuszczałam, że cokolwiek z elementarnego wykształcenia muzycznego przyda mi się przy okazji wycieczki do Zbudowanej Wody, czyli maleńkiej mieściny na krańcu Yunnanu.
Jednym z przedmiotów w szkole muzycznej była historia muzyki, gdzie pani, która nigdy nawet nie słyszała muzyki etnicznej dalekich krajów (to było przed pojawieniem się Youtube), próbowała nam o tej muzyce opowiedzieć. Opowiadała między innymi o Chinach, o ceremonialnej muzyce i instrumentach. Dlatego wiedziałam, co to takiego i jak owego dziwa używać:
Nie było niestety w okolicy młoteczka do klepania w bezsercowe dzwony; zresztą, gdybym nawet jakiś znalazła, pewnie Chińczycy nie pozwoliliby mi niszczyć równowagi we wszechświecie bezmyślnym dzwonieniem. Bo dzwonienie może brzmieć wspaniale, ale nie jest łatwe. Zresztą zobaczcie sami:
Tak więc po leciusieńkim wyklepaniu kurek trzech zostawiłam dzwony ze Świątyni Konfucjusza w Zbudowanej Wodzie w świętym spokoju. Inna rzecz, że chętnie bym się dorwała do tego instrumentu na dłużej...
A jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o samych chińskich dzwonach, to polecam ten artykuł.

2013-12-26

Święta polsko-chińskie

Po pierwsze: ledwo dolecieliśmy. W Kunmingu spadło 6 cm śniegu i odwołano trzy czwarte lotów dnia owego. Nasz też. W centrum było tak:
ale z autostrady na lotnisko to się lodowisko zrobiło. A że w Kunmingu odśnieżarek ani na lekarstwo, a i lotnisko niedoposażone, przeprowadziliśmy niezłą batalię, żeby po długich i ciężkich cierpieniach wskoczyć jednak w Pekinie w samolot do Warszawy.
Po przylocie odkryliśmy, że resztki śniegu nie dotrwają do Świąt i że następnym razem na białe Boże Narodzenie to chyba lepiej zostać w Kunmingu...
ZB bardzo się zaangażował w przygotowania świąteczne. Przyniósł choinkę
(krzywą, ale za to z charakterem!), ubrał w najlepszym chińskim stylu
(a niby skąd są te wszystkie bombki i światełka?), a potem się wziął za karpia. Pożyczonym tasakiem oprawił cztery ryby i łaskawie zostawił dwa dla Mamy, a pozostałe dwa przyrządził po chińsku - jednego w galarecie z czerwonego sosu, a drugiego w sosie słodko-kwaśnym. Kuchnia con-fusion kontratakuje...
W Wigilię łamał się opłatkiem, spróbował wszystkich potraw, wypchał się po uszy ciastami i grał kolędy, cokolwiek koślawo, ale z sercem :)


Wyciągnęłam go nawet na pasterkę, ale czterdziestominutowe kazanie go przerosło...
Tak czy inaczej: świętujemy. Jest nam ciepło, dobrze, rodzinnie, syto. A przed nami Praga i sylwester!

2013-12-24

Święta :) 聖誕節快樂!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i nadchodzącego Nowego Roku życzę wszystkim czytelnikom szczęścia i zdrowia. I chińszczyzny, oczywiście :)

2013-12-23

Mały Smok a pieska sprawa

Psina jest w niektórych częściach Yunnanu nieprawdopodobnie popularna. ZB, ku mojemu wielkiemu ubolewaniu, jest jej wielkim smakoszem. Za to Mały Smok psiny nie jada.
Ja: No powiedz, Mały Smoku, dlaczego nie jadasz psiny?
MS: Bo nie.
Słychać, że pytanie mu się nie podoba, dlatego drążę temat w poszukiwaniu sensacji.
Ja: Co, nie smakuje ci?
MS: (podenerwowany, ale zdołał się opanować) nie, po prostu nie jem!
Ja: (stwierdziłam, że przecież na mnie się nie obrazi, więc niech mi do cholery powie dlaczego) No nie bądź taki, powiedz, albo uznam, że jesteś nieprawdziwym Yunnańczykiem!
MS: (w końcu się łamie) W języku ludu Lahu słowo "pies" i "matka" wymawia się bardzo podobnie, a ja jestem przecież w połowie Lahu...
Wspaniałe wytłumaczenie, już nie mówiąc o tym, że przecież ja też psiny w zasadzie nie jadam i wcale nie chcę go do niej namawiać. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego się tak ociągał z powiedzeniem, o co chodzi. Otóż - Mały Smok, wspaniałe dziecko, cudowny przyjaciel, okropnie się wstydzi tego, że jest mieszańcem, i to w dodatku mniejszości Lahu. Lahu bowiem to głównie mieszkańcy wsi, zajmujący się na codzień piciem dużych ilości alkoholu, zajadaniem się papryczkami chilli i złym traktowaniem kobiet. Tak przynajmniej wyglądają w umysłach większości etnicznych Chińczyków Han.
Mały Smok nie pije, jest najgrzeczniejszym i najsłodszym chłopcem świata, uprzedzająco grzecznym dla wszystkich wokół i troskliwym nawet wobec kobiet jak mało kto. Tylko to chilli mu zostało na pociechę.
A w oczach większości Chińczyków i tak jest zwykłym wieśniakiem, więc nie strzela sobie w stopę, mówiąc, że jeszcze w dodatku jest mniejszościem, i to nieczystej krwi...
Ciekawe, kiedy zrozumie, że w moim domu mieszańce zawsze będą, siłą rzeczy, mile widziane ;)

2013-12-21

łupinki w herbacie

Stary Kui, mąż Aromatu Cynamonu, snuje opowieści herbaciane. Opowiada o czasach, gdy liście herbaty były zieleńsze, niebo bardziej niebieskie, a woda zdecydowanie bardziej wodnista.
W owych czasach w okolicach Fujian, na zboczach gór herbacianych, spotkać można było z rzadka wędrowców. I choć góry to żadne Himalaje, to błądząc po wąskich ścieżkach zmęczyć się można. Herbaciani chłopi chętnie zmęczonych podejmowali gorącą herbatą. Wrzący napój jednak nie tylko parzy wargi, ale i szkodzi na żołądek. By ochronić strudzonych i spragnionych wędrowców przed pochopnym spożyciem niemal wrzącej herbaty, rozsypywali oni na wierzchu łupinki pszenicy i ryżu. Zdmuchując energicznie łupinki z powierzchni, chłodzili goście jednocześnie napar, który, tak przygotowany, nie szkodził.
Jaka szkoda, że goście spoza Fujian nie dostrzegali tej subtelności, mamrocząc tylko pod nosem, że z tych Fujiańczyków to niewychowane gbury, sypiące gościom śmieci do herbaty...

2013-12-20

2013-12-19

Banglijska siedmiowarstwowa herbata 孟加拉的七層茶

Jak już wspominałam, od czasu do czasu prowadzę zajęcia o herbacie na Uniwersytecie Yunnańskim. Nigdy nie przestanie mnie dziwić i bawić, że w Yunnanie, krainie herbaty, na najlepszym uniwersytecie w regionie, to jakaś nawiedzona Polka naucza tradycyjnej chińskiej ceremonii herbacianej...
Wracając do rzeczy: ostatnio miałam zajęcia z czterdziestką Banglijczyków płci obojga. Podzieliłam ich sobie na grupy; czasu mieliśmy mało, ale stałam się przekazać maksimum wiedzy i pasji. Zazwyczaj zaczynam od pytań: co wiecie o herbacie, jakie istnieją typy herbaty, według jakich kryteriów można je podzielić itd. Oczywiście, zazwyczaj wiedzą coś tam o herbacie czarnej i zielonej, nieodmiennie w typach herbaty pojawia się herbata z mlekiem względnie herbata z cytryną itd. Po wyjaśnieniu, że te dwie ostatnie są tylko sposobem podania herbaty, zazwyczaj czarnej, naprowadzam słuchaczy na odpowiedź, mówiąc, że jest jeszcze kilka kolorów, łącznie sześć. Tym razem jeden z Banglijczyków udzielił niestereotypowej odpowiedzi - że ostatnim typem herbaty jest taka kilkukolorowa, zaparzona z kilku rodzajów liści. Magia tego pomysłu mnie urzekła, ale Chińczycy na taki wynalazek nie wpadli, więc wykład kontynuowałam opowiadając jednak o chińskiej herbacie.
Po, bardzo zresztą udanych i zabawnych, zajęciach podszedł do mnie jeden z banglijskich przystojniaków, żeby mi wytłumaczyć, że u nich, w północno-wschodnim Bangladeszu, naprawdę pija się wielokolorową herbatę. Poszperałam w internecie, okazało się, że nawet na kilku polskich blogach podróżniczych znalazło się zdjęcie takiej herbatki, że herbata ta jest sławna w Bangladeszu i poza nim, że sączenie wielosmakowej herbaty jest wspaniałym doświadczeniem. O co chodzi?
Jest sobie facet nazwiskiem Romesh Ram Gour, żyjący w mieścinie Srimongol, który miesza kilka różnych naparów - łącznie trzy typy herbat czarnych i jedna zielona, poprzedzielane przyprawami i mlekiem. Każdy napar - a potem każda warstwa różni się kolorem, smakiem i dodatkami. W jednej czuć domieszkę cynamonu, w innej - cytryny, ale większość dodatków jest objęta tajemnicą. Całość jest słodko-pikantna i wygląda tak:
(Zdjęcie wzięłam z tej strony.)
Jak widać, można poprosić o mniejszą ilość warstw - chociaż ja bym pewnie wolała wszystkie smaki.
Kurczę, nie sądziłam, że coś mnie może jeszcze w herbacie zaskoczyć. Okazuje się tymczasem, że muszę się jeszcze wiele nauczyć...
No i oczywiście właśnie zaczęłam marzyć o chociażby krótkiej podróży do Bangladeszu. Zresztą, mocno przystojni koledzy serdecznie zapraszają ;) Chyba umknął im fakt, że jestem już zaobrączkowana...

2013-12-18

garnek parowy 氣鍋

Dzisiaj przedstawię Państwu najważniejszy garnek Yunnanu:
To garnek parowy, gliniany, nieglazurowany. Wytwarzany w Yunnanie od wieków, stał się obowiązkowym elementem wyposażenia każdej kuchni. Z wyjątkiem mojej, oczywiście, bo my idziemy na łatwiznę i na dania z garnka parowego wpraszamy się do świekry :) Ale garnek ten jest naprawdę wspaniały. O jego wspaniałości stanowią dwa elementy - fakt, że jest nieglazurowany i przez to wszystkie potrawy nieprawdopodobnie pachną, oraz rurka, którą widać pośrodku, a dzięki której produkty gotują się na parze, a nie zwyczajnie. O najsłynniejszym yunnańskim daniu z tego garnka na pewno jeszcze napiszę. A jeśli zdarzy mi się wreszcie taki gar nabyć, opowiem o nim więcej :)

2013-12-17

droga do domu :)

W całej idei spędzania Świąt Bożego Narodzenia w Polsce rzeczą prawie nie do przeskoczenia było namówienie mojego Pana i Władcy, żeby miasto o takim klimacie:
zamienił na zaśnieżony Bytom. Przygotowania do przeżycia na Syberii ograniczyły się do przygotowania odpowiedniego stroju:
I nagle piętnastego grudnia temperatura w Kunmingu spadła do zera i... spadł śnieg!
Śnieg pada tu właściwie co roku, więc nawet nie to było najbardziej zaskakujące. Chodzi raczej o to, że spadł tak bardzo, że zamknięto lotnisko, na którym pojawiły się stada rzeczywistych i frazeologicznych bałwanów i nasz lot został odwołany. Po stu telefonach, kupnie nowych biletów - ostatnich!!! - na dzisiejszy wieczór, trzymamy już tylko kciuki, żeby znowu nie zaczęło śnieżyć. Ale dziś był piękny, słoneczny dzień, bezchmurne niebo i pięć stopni mrozu...
Strój zimowy nagle okazał się bardziej niż potrzebny. I marzymy już tylko o Polsce i trzaskającym ogniem kominku :)
Życzcie nam udanej podróży!

sprawozdanie

Oto, czym zajmowali się jaskiniowcy w czasie pobytu w Hubei, o którym namiętnie pisałam w październiku i listopadzie.
Sprawozdanie z wyprawy centralnej KTJ PZA Chiny 2013

2013-12-16

Pokręcona głożyna 拐棗

Zawsze, kiedy myślę, że nie da się mnie już zaskoczyć kulinarnie, ZB wgniata mnie w ziemię kolejnym przysmakiem. Tym razem nie chodzi nawet o jego talent kulinarny, tylko o to, że nakarmił mnie wyschniętymi kawałkami drzewa...
No sami widzicie, jak to wygląda, prawda? Wcale nie wierzyłam, że jakieś dziwne drzewne narośla nadają się do jedzenia... A są to, moi drodzy, owoce howenii słodkiej, czyli tzw. drzewa rodzynkowego, występującego we wschodniej Azji i akurat w Yunnanie bardzo popularnego. A jeszcze dokładniej - to nie są owoce, tylko przekwitłe szypułki. Brzmi obrzydliwie trochę, ale zapewniam, że są pyszne!! Słodkie, pachnące, wspaniałe! Wyschnięte faktycznie podobne są rodzynkom; konsystencja jest inna, bardziej... drewniana. No i smak, poza słodyczą, zawiera jeszcze coś podobnego miodowej goryczce. Skojarzenie z miodem nie jest zresztą bezpodstawne - ekstrakt z howenii bywa używany jako zamiennik.
Można howenię jeść na surowo - ale jest za słodka, żeby zjeść jej dużo. Można słodzić nią potrawy. Można też z niej robić napoje wyskokowe - i właśnie wczoraj z mojej podsuszonej howenii zrobiłam nalewkę. Jest nadzieja, że będzie ona zdrowa dla wątroby - ponoć owoce howenii pomagają wątrobę regenerować ;) Mówiąc serio - trwają badania nad skutecznością howenii w walce z chorobami odalkoholowymi.
W Tajlandii z kolei howenią służy do wtórnego zalesiania nieużytków. Rośnie szybko, nie zagraża ekologii danego terenu, a w dodatku słodkie owoce przyciągają zwierzęta.
Po chińsku howenia wabi się tak jak w tytule, ale ma jeszcze kilka śmiesznych nazw: miód drzewny, kurze stopki, drzewny koral, złoty hak itd. Chińczycy są w niej zakochani nie tylko z powodu smaku i tego, że leczy kaca. Kochają też drewno, twarde i mocne, chętnie wykorzystywane w meblarstwie.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Chińczycy go lubią - powód iście buddyjski. Ponoć owoc przypomina kształtem 卍 czyli swastykę (mnie jednak bardziej kojarzy się z pokręconą głożyną, ale niech już będzie), czyli pomyślnym zgromadzeniem dziesięciu tysięcy cnót - i dlatego jest również zwany owocem dziesięciu tysięcy żywotów 萬壽果.
Piękna jest. Będzie jak znalazł po powrocie :)

2013-12-15

曇華寺 Świątynia Magnoliowa

O tym, że w Kunmingu zimą zakwita magnolia, już pisałam. Z racji tej magnolianej niecierpliwości, zwiemy ją tutaj nie "jadeitową orchideą", jak wszędzie indziej, a "kwiatem wyczekującym wiosny" 望春花. I właśnie w ten pachnący wiosną, słoneczny, grudniowy poranek, obwieściłam ZB, że mam zamiar wybrać się oglądać magnolie do specjalnego magnoliowego parku przyświątynnego. Słyszałam o nim od świekrów już tyle razy, że po prostu nie mogłam odpuścić. ZB stwierdził, że jakoś przeżyje. Biedak. Nie wiedział jeszcze, że po pierwsze wybierzemy się tam na rowerach, czyli godzina w jedną stronę, a po drugie że spędzę tam ładnych parę godzin, wgapiając się w magiczne, śnieżnobiałe płatki na tle błękitnego nieba...
Tak właśnie trafiłam po raz pierwszy do Świątyni Magnoliowej - Tanhua si. O tym, dlaczego znak "曇" - ciemne chmury - należy w tym wypadku tłumaczyć jako magnolię - za chwilę. Na razie skupię się na samej wycieczce.
Gdy dotarliśmy do muru, wiedziałam już, że polubię to miejsce. Otoczone jest bowiem moimi ukochanymi eukaliptusami, w Kunmingu źle się kojarzącymi, a tak przecież cudnymi!
Obecność eukaliptusów jest ważna. Po pierwsze znaczy, że będzie tu dużo wody. Po drugie - że miejsce nie jest zbudowane niedawno - od bardzo wielu lat nie sadzi się już bowiem w Kunmingu eukaliptusów.
Czyli nawet jeśli świątynia jest przebudowana, to przynajmniej park jest stary. Dobra nasza.
Świątynia Magnoliowa położona jest we wschodniej części Kunmingu, u stóp Wzgórza Złotego Konia 金馬山, tuż przy Rzece Złotosokowej 金汁河, a otacza ją ośmiohektarowy park. Świątynię zbudowano w pierwszej połowie XVII wieku, a w przyświątynnym ogrodzie, jak to u buddystów bywa, posadzono magnolię... Nie, ta historia wygląda trochę inaczej, ale o tym za chwilę. Najstarsza magnolia, jaka do dziś kwitnie w ogrodzie przy Magnoliowej Świątyni ma już ponad 300 lat. Od niej też wzięła świątynia swą obecną nazwę, a na murze można przeczytać, że "magnolia zwiastuje pomyślność". Wszystko zaczęło się jednak znacznie wcześniej, już za czasów dynastii Ming, kiedy to w pewnej odległości od miasta, właśnie tutaj, rezydencję zbudował sobie słynny lekarz, o wdzięcznym imieniu Podarował Kamienny Most. Jego prawnuk, o równie wspaniałym mianie Zachować Spokój, podarował rezydencję mnichom i w ten sposób położył podwaliny pod dzisiejszą świątynię. Która zresztą być może zbudowana była inaczej - ciężko to stwierdzić, bo nie wiadomo, jak ją potraktowało trzęsienie ziemi na początku XIX wieku i podpalenie przez bezrozumnych żołnierzy w drugiej jego połowie. Wiadomo za to, że trzęsienie ziemi i pożogę przetrwała przybyła z Indii magnolia, która rosła na podwórzu rezydencji i trafiła w ręce mnichów wraz z domem. Nie wyrwali jej z korzeniami, bo jest znanym buddyjskim symbolem. Zaopiekowali się nią tak dobrze, że dotrwała do dzisiaj. I to mimo zdemolowania Świątyni w trakcie Rewolucji Kulturalnej!
Świątynka jest mała, niepozorna, w trakcie remontu, który zapewne zniszczy resztki stylu. Rozmiarami podobna do Świątyni Yuantong, ale zbudowana tak skromnie, że wydaje się maleńka w porównaniu z pyszną Yuantong. Za to park! Och, żeby wszystkie parki w Kunmingu były tak duże i wszystkomieszczące - matki z wózkami, staruszków z madżongiem, orkiestry erhu i bambusowych fletów i drzewa pokryte kwieciem! W latach '80tych został pierwotny park przyświątynny rozbudowany o właściwie dwa następne parki - jeden utrzymany w starym stylu, z tymi wszystkimi pawilonikami, bambusami itd. oraz drugi, współczesny - z alejkami, jeziorkiem i neoklasyczną Pagodą Pomyślnej Odpowiedzi 瑞應塔. Jasne, beton mnie trochę przeraża, ale park jest naprawdę uroczy, a bagatelna dwumetrowa czareczka herbaty z dziewięcioma smokami, która stoi przed pagodą, nie ustępuje najlepszym dawnym wzorom. W dodatku pierwotny park jest z następnymi dwoma połączony czym? Jaskinią! Znaczy, dwa późniejsze parki są po przeciwnej stronie ulicy, ale można przejść podziemnym korytarzem :)
Pozwiedzaliśmy park, porobiliśmy zdjęcia magnoliom nagim, wspięliśmy się na szczyt pagody w poszukiwaniu ładnych widoków, ale zobaczyliśmy głównie obwodnicę i góry przysłonięte wieżowcami. Im dłużej jednak szukaliśmy, tym bardziej tam nie było żadnej trzywiekowej magnolii. W dodatku ZB zaczął marudzić, że 曇 w nazwie świątyni to taka roślina, która kwitnie tylko raz w roku, i to w nocy. Kwiat paproci po prostu. I że to oczywiste, że jej nie znaleźliśmy, bo przecież nie ma jeszcze nocy, a park zamykają o szesnastej i w ogóle...
Stwierdziłam, że to wszystko to jakaś kosmiczna draka i muszę się dowiedzieć, o co chodzi. Niech żyją wyszukiwarki internetowe!
Słówko 曇 tan, choć nie wszyscy o tym wiedzą, zostało użyte w nazwach dwóch roślin, przy czym tylko w jednej oficjalnie i słownikowo, a w drugiej - tak ot. Pierwsza roślina to słynna Królowa Nocy - epifyllum ostropłatkowe, które faktycznie kwitnie tylko jedną noc w roku - po chińsku zwane 曇花 tanhua. Druga roślina to... oczywiście, magnolia! Jednak nie taka sobie zwykła magnolia naga. 優曇 youtan to nazwa zarezerwowana dla magnolii opisanej przez mojego ukochanego Delavaya, czyli magnolii delavayi - chińskiej magnolii wiecznie zielonej. To nasza, tutejsza, południowochińska magnolia, występująca tylko w Guizhou, Syczuanie i Yunnanie, w dodatku tylko na 1500-2800 m.n.p.m. W dodatku w zasadzie nazywa się po chińsku magnolią górską (山玉蘭), a w yunnańskich dialektach w ogóle się na to-to mówi "górski ananas" (山波羅)... I tutaj pojawia się problem: niestety, pokryta dziewięciopłatkowymi, kremoworóżowymi kwiatami magnolia Delavaya kwitnie tylko w lecie...
Wszystko więc się zgadza: trzeba przyjść do Świątyni Magnolii żeby pooglądać emerytowaną magnolię. Tyle tylko, że nie w magnoliowym sezonie, czyli w zimie, a w lecie. I wyglądać nie bezlistnej magnolii nagiej, a wiecznie zielonej magnolii Delavaya...
Całe to magnoliowe pomylenie nie zepsuło mi wszakże popołudnia; park jest przemiły, słońce stało wysoko, a orzeźwiający zapach magnolii nagiej wynagrodził mi wszystko, łącznie z wizją powrotu do szaroburobłotnej Ojczyzny...

2013-12-13

miasto, którym się można podzielić 一座可以分享的城

Yu Jian*, poeta, powiedział kiedyś: Tybet jest świętym miejscem, najważniejsze jest tam życie duchowe, użyteczny jest wszak i u brzegu świata materialnego. Kunming zaś jest miejscem u styku Tybetu i tegoż świata materialnego, sprzyjającym osiadaniu się ludzi, pragnących wieść zwyczajne życie.

Łagodny i umiarkowany Kunming

Z racji "pogody zawsze jak w marcu, przez którą okrągły rok jest wiosna", o którym to fakcie wszyscy wiedzą, Kunming jest miastem przyjaznym ludziom. Tak naprawdę, Kunmińczycy i ludzie, którzy często tu przyjeżdżają, mają dla Kunmingu inną definicję: jest to miasto, którym się można dzielić i radować. A czym konkretnie się dzielą? Jego słońcem, lazurowym niebem, śnieżnobiałymi chmurami, świeżym kwieciem, relaksem i świętym spokojem.
To, czy jakimś miastem można się dzielić, zależy przede wszystkim od nastawienia mieszkańców. W Kunmingu nowoprzybyły znajdzie łatwo punkt zaczepienia, miejsce, przez które się wślizgnie w miasto, a gdy już tu zamieszka, chętnie osiądzie po to, żeby żyć po swojemu. Kunmińczycy są otwarci i tolerancyjni, a także leniwi, gnuśni i opieszali. Dadzą ci więc wiele szans na wtopienie się w Kunming - będą cię podziwiać, ale nie będą się chcieli z tobą licytować; właśnie ta tolerancja powoduje, że Kunming to miasto imigrantów, miasto, które przygarnia różnorakie typy ludzi.
Kunmińczycy, którzy na stałe mieszkają właśnie tutaj, są zrelaksowani, leniwi, nie ścigają się z nikim, samowystarczalni i zadowoleni z siebie. Być może gdyby takich Kunmińczyków przenieść w trudniejsze środowisko, zrozumieliby oni w końcu, że nie wszędzie wiosna trwa cały rok i byłby to dla nich kryzys? Dni Kunmińczyków są powolne, trzeba włożyć wiele wysiłku w skuteczne zabijanie czasu, żeby przez nie przebrnąć; obcy sądzą, że to naprawdę zbytek i przesada.
Obcy mogą początkowo sądzić, że Kunmińczycy są skąpi - kupują naraz nie więcej niż 4-5 główek kapusty**. Kunmińczycy o to nie dbają; to ludzie suchej jak pieprz Północy kupują pół wozu dostawczego, żeby potem jeść to samo przez pół roku. Kunmińczycy codziennie jedzą świeże warzywa. Na targach w Kunmingu jak rok długi sprzedaje się świeże a nawet żywe jeszcze produkty w wielkiej obfitości, codzienna przechadzka po targu doprawdy cieszy oko. A targi kwietne to dopiero! Kunmińscy hodowcy kwiatów lubią tylko jesień i zimę, bo wtedy sprzedają kwiaty do innych prowincji, zarabiając na tym krocie. Zaś w lecie, na targu kwietnym przy ulicy Shangyi, kwiatów kupionych za 10 yuanów nie sposób zmieścić w ramionach; jeśli ofiarować je przyjezdnemu przyjacielowi, on odjedzie przeszczęśliwy, a Kunmińczycy zyskają niemałą twarz.
Mam znajomego biznesmena z Hubei; mówi on, że Kunmińczycy są szczerzy, otwarci, prostolinijni, nieksenofobiczni i... nieostrożni. Śmiał się on nawet, że nie potrzebuje swoich "dziewięciu głów"***, w Kunmingu jedna głowa absolutnie wystarczy. I w sumie ma rację, Kunmińczycy nie mają jakiejś cechy szczególnej, sprawy załatwiają ospale, inaczej, niż w rejonach zamieszkanych przez mniejszości etniczne: oni serdecznie zapraszają do picia alkoholu całymi miskami i częstowania się wielgachnymi kawałami mięsa. Z drugiej strony, Kunmińczycy nie są też dla nikogo oziębli; są jak kunmińska pogoda, z temperaturą zawsze w okolicy 20 stopni**** - nie gorący, nie zimni. Może to właśnie jest kunmińska cecha szczególna?
Może w ten sposób: charakter Kunmińczyków przypomina pH równe 7, niezasadowe i niekwaśne, neutralne, w sam raz - ten właśnie charakter pozwala przybyszom radować się i dzielić z innymi pełnią Kunmingu.
[fragment z niby-przewodnika po Kunmingu Gnuśne czasy w Kunmingu pod red. Wu Qi]

Jako przewodnik książka ta nie sprawdza się zupełnie, zwłaszcza, jeśli chcemy trafić do któregoś z miejsc w nim opisanych. Natomiast w zrozumieniu Kunmińczyków bardzo pomaga; napisana jest z werwą i humorem. Ja się z wieloma mocno arbitralnymi sądami nie zgadzam, a o innych myślę z nutką smutku - ach, cóż to były za czasy, gdy faktycznie dziesięcioyuanowy bukiet nie mieścił się w dłoniach! I och, jak byłoby miło, gdyby naprawdę zawsze tutaj było około 20 stopni! Chyba się autorowi z tropikalnym Jinghongiem pomyliło...
Obojętnie jednak na to, czy się zgadzam, czy nie, do książki będę wracać. Próbuje ona bowiem opisać duszę miasta, które już teraz uważam za swoje. Jest to więc książka, którą chciałabym napisać :)

*Yu Jian 于坚 - urodzony w 1954 roku poeta, rodowity Kunmińczyk. Swego czasu pracował jako robotnik; w 1984 roku ukończył sinologię na Uniwersytecie Yunnańskim. Prowadzi blog.
**mowa tu o 小白菜, maluteńkiej kapuście chińskiej.
***stary Hubejczyk nawiązuje tu do słynnego powiedzenia, że tym, czym na niebie jest dziewięciogłowy ptak, tym na ziemi są Hubejczycy (天上九頭鳥,地下湖北佬), co ma oznaczać, że Hubejczycy są bardzo chytrzy.
****autor chyba dawno nie był w Kunmingu, skoro nie wie, że zimą temperatura tu spada do zera...

2013-12-12

Trzy posiłki dziennie

Jest bardzo niewiele blogów kulinarnych, które przedstawiają interesujące przepisy kuchni azjatyckiej. To znaczy: może jest ich wiele, ale ja trafiłam właściwie tylko na jeden. Jest to blog "Trzy posiłki dziennie", a ja znalazłam go całkiem przypadkiem i od razu stałam się fanką. Urzekł mnie przepis na gorzką dynię/gorzkiego melona, ale też wiele innych. Co gorsza, nawet przepisy innych kuchni są wyśmienite. Co gorsza, bo kuszą, a nie wszystkie są wykonalne w moim regionie...
Polecam.

2013-12-11

Chiński sen 中國夢

Place budowy oraz budynki do wyburzenia, które niedługo staną się placami budowy, są w Chinach otaczane murami. Na murach nie ma graffiti; są za to reklamy firm deweloperskich, photoshopy tego, jak to kiedyś będzie wyglądać, oraz reklamy społeczne.
Ostatnio władze zasponsorowały takie reklamy:
Wielkie słowa o tym, że "chiński sen [analogia do "amerykańskiego snu"] to mój sen" mają, przynajmniej w teorii, pobudzać społeczeństwo do pilnej pracy na rzecz Chin i mówić, jak to kiedyś będzie wszystkim wspaniale.
ZB ma alergię na te plakaty. Za każdym razem, jak je mijamy, czyli parę razy dziennie, mówi: wiesz, dlaczego to się nazywa "chiński sen"? Bo się nigdy nie urzeczywistni!! I dodaje kilka soczystych słów, wzbogacając mój chińskołaciński słownik...